Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocjonalnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocjonalnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 maja 2017

IMPOSSIBLE IS NOTHING

            Za oknem chmury. Widać, że wieje mocny wiatr… jest szaro i ponuro. Pogoda nie zachęca do niczego. Najlepiej byłoby schować się z powrotem pod kołdrę. Ale nie dzisiaj. Dziś jest ważny dzień. Dzień, który ma dać odpowiedzi na nurtujące pytania, dzień w którym dowiem się wiele o sobie. Zweryfikuje zdanie o własnej osobie, bądź utwierdzę się w niektórych wnioskach. Cokolwiek by się stało, będę mógł poukładać na właściwie miejsce następne puzzle własnej niepewnej i zachwianej osobowości.

            To nieco przytłaczające. Nikt nie chce dowiedzieć się o sobie złych rzeczy… najczęściej od tego uciekamy, boimy się tych złych stron, ukrywamy je. Ale przychodzi czas gdy trzeba dowiedzieć się prawdy. Prawdy o samym sobie.

            Mętlik w głowie, wiele pytań, dużo wątpliwości i jeszcze więcej wizualizacji wszystkich możliwych scenariuszy. Stoję oko w oko z tym co za chwilę mnie czeka. Najbliższa godzina będzie się jeszcze bardzo dłużyć. Od rana głowa wysyła do mojego ciała sygnały, żeby się wycofać, że to nie ma sensu, że to się nie uda. Umysł sugeruje, że to co sobie wymyśliłem nie ma prawa się powieść i będę narażony na upokorzenie przed samym sobą. Obiecałem sobie już dawno temu że osiągnę wyznaczony cel. Postawiłem sam przed sobą wyzwanie podnosząc poprzeczkę. Od początku to była tylko i wyłącznie moja poprzeczka. Ale teraz boję się właśnie tego, że ją strącę, ona spadnie i wbije mi się w dupę. I będzie dupa, porażka. Porażka przed samym sobą, przed własną ambicją.

            Czas mija, zbliża się start. Powoli kończę rozgrzewkę … wymieniam ostatnie słowa z najbliższymi, staram się nie pokazywać niepewności, choć siedzi we mnie głęboko. Jednak, wiem, że jest ktoś kto mi kibicuje, że ktoś trzyma kciuki. W środku swojej duszy mam wielką nadzieję, że rzeczywiście trzymają kciuki… tak bardzo mi na tym zależy i tak bardzo mi to pomaga…. Żegnam się ze wszystkimi i ruszam na start mocnym krokiem.

            Wokół mnie ponad sto osób. Widzę ich, słyszę, czuję… ale w ogóle się na nich nie skupiam. Adrenalina już krąży i pobudza moje ciało i umysł. Sam się dziwię sobie, ale jestem bardzo skoncentrowany i nic mnie nie rozprasza. Mimo otaczającego hałasu i chaosu mam przed oczami to co muszę zrobić. Nie czuję zimnego wiatru i nie widzę zapowiadających deszcz ciemnych chmur. Widzę cel, odległy o dziesięć kilometrów.

            Trzy, dwa, jeden, START! Ruszamy. Mocno, z kopytem które narzucają ci którzy stali na pierwszym froncie. Tłum falangą naciera do przodu i niesie go energia wystrzelona w raz z pistoletem startowym. Udzieliła się wszystkim, mi też. Ale z tyłu głowy jest plan, który wcześniej założyłem. Tempo 5:30 minuty na kilometr. Muszę to zrobić mądrze. Po chwili daje wyprzedzić się całej stawce i teraz ustawiłem w bezpiecznej pozycji pomiędzy ostatnimi pięcioma zawodnikami. Nie oglądam się za siebie, ale korci by spojrzeć do tyłu. Być może nawet jestem teraz ostatni. I bardzo dobrze, niech uciekają. Ja mam do zrobienia swoją robotę.

            Po pierwszym już widzę kogo mogę się trzymać by utrzymać równe tempo. Wyprzedzam kilkoro zawodników i podczepiam się pod parę którą obserwowałem wcześniej z tyłu. Długa, bardzo długa prosta - biegniemy we trójkę, najpierw wszyscy równo w jednej linii, a następnie co chwila ktoś próbuje wychodzić na prowadzenie. Po kilku takich zmianach, postanawiam przyśpieszyć. Kilka ataków po wewnętrznej wystarczyło. Teraz już szutrowy odcinek trasy, po polnej dróżce, kamykach i pagórkach. Wzdłuż uroczej rzeczki.
             Widzę, że przede mną kilka osób osłabło, nagle zaczęli powłóczyć nogami. To dopiero trzeci kilometr, a część ludzi powoli rezygnuje. Wyprzedzam ich pomiędzy głębokimi błotnistymi kałużami. Mam nadzieję, że dobiegną szczęśliwie do mety. Czuje się dobrze. Siła w nogach pozwala mi nie myśleć o wysiłku. Postanowiłem, że będę spoglądał na zegarek tylko raz po każdym pokonanym kilometrze. Czwarty kilometr i tempo idealne, dokładnie takie jak chciałem. Grupa się bardzo rozproszyła, na horyzoncie widzę już tylko jedną osobę. Chcę do niej dołączyć, wydaje się trzymać dobre tempo. Powoli się do niej zbliżam. Pokonujemy razem kilka pagórków i zbiegów, aż do punktu nawodnienia. Chwytam kubeczek i niezdarnie trafiam do ust, dużą część wylewając nie tam gdzie trzeba. Za chwilę połowa dystansu, psychicznie jest to znakomita wiadomość. Moja głowa cieszy się na samą myśl, to już połowa, jeszcze tylko drugie tyle i będzie po sprawie. Obracam się za siebie i nie widzę nikogo. Dziewczyna która wydawała się mocniejsza ode mnie zwolniła i została w tyle. Dostałem pozytywnego kopniaka i pędzę do wyznaczonego punktu z napisem „5 km”. Spojrzenie na zegarek. Dwadzieścia sześć minut i pięćdziesiąt sekund! Już wiem, że będzie dobrze. Jeśli nie wydarzy się nieszczęście to powinienem dobiec w około 55 minut. Wszystko idzie jak po maśle. Doskonale. Napawam oczy pięknymi widokami spokojnie wijącej zakrętasy rzeczki.

            Teraz podbiegi. Pamiętam je z poprzedniego roku. Chcę mieć je jak najszybciej z głowy… pokonuję jedną górkę jednostajnym tempem. Zaczynam czuć obciążenie w mięśniach. Znów wbiegam na asfaltową drogę, jeszcze kilka zakrętów i będę musiał zmierzyć się z najgorszym fragmentem. Wybiegam na otwartą przestrzeń, teraz widzę wszystkich którzy są przede mną i już wbiegają pod stromą górę na którą ja wolę nie patrzeć. Z naprzeciwka nadbiegają ci biegacze którzy zaczęli już drugą mniejszą pętlę trasy. Widzę twarze czołówki i biegnę podziwiam ich tempo, podczas gdy ja zaczynam mieć kolkę. Na domiar złego rozwiązuje mi się sznurówka. Szybka poprawką i wspinam się na szczyt. Trawiasta góra na której znajdowała się miejsce nawrotu na drugą pętlę z każdym krokiem męczą mnie coraz bardziej. Moje kroki skracają się i mam wrażenie, że dreptam w miejscu. Zegarek to potwierdza, szósty kilometr był zdecydowanie wolniejszy. Bieg zamieniam w marsz, staram się żeby był na tyle żwawy by stracić jak najmniej. Ale zaczyna się walka z samym sobą. Nogi kompletnie nie chcą współpracować, czuję jak męczą się dwugłowe i czworogłowe. Mimo to staram się podnosić je jak najwyżej. Mozolnie wdrapuje się i jestem na szczycie. Głowa podpowiada mięśniom, że to już koniec, żeby dać sobie spokój i usiąść na tyłku w tej pięknej zielonej trawie. Odganiam tą myśl i stawiam przed oczami obraz upragnionej mety. Dobiegam do kilometra numer 7. Znów wolniej niż miało być… ale zegarek pokazuje 38:23, więc suma summarum jest dobrze. Po każdym podbiegu następuje zbieg. Hurra! Odzyskuje energię i ruszam do przodu kręcąc nogami jeszcze szybciej i wykorzystując najlepszy fragment trasy. Wbiegam na drugą pętlę. Zamieniam kilka słów z facetem, którego wyprzedzam i zostawiam w tyle.

            Dzięki temu zbliżam się do kolejnej grupy zawodników. Nie przyśpieszam już bardziej, nie mam zamiaru przeszarżować w takim momencie. Chcę mieć zapas na finisz. Czuje się wspaniale i zapominam o wcześniejszym kryzysie. Dodatkowo pomaga mi widok kolejnych biegaczy, których sprytnie mijam po kolei. Jak dobrze było na początku zostać z tyłu by teraz czerpać taką satysfakcję. Gdybym to ja był wyprzedzany poczułbym się fatalnie… a tak moja psychika była podbudowana i zmotywowana do ostatecznego wysiłku. Minąłem 8 kilometrów, zostało jeszcze 2. Na kolejnej długiej prostej wyprzedzam kolejną osobę wymieniając parę uśmiechów i uprzejmości. To piękne jak wysiłek sprawia ludziom przyjemność. Ponownie docieram do punktu nawodnienia i znów biorę małego łyka wody i lecę dalej.

            Nie mam nikogo w zasięgu wzroku, grupa rozerwała się na dobre, jednak wiedziałem, że na pewno spotkam jeszcze kogoś na tym bezdusznym podbiegu. Niestety trzeba będzie go pokonać po raz drugi. W myślach przeklinam projektanta trasy, ale teraz już się nie boję, wiem, że do końca zostało mi około 10 minut. Pierwszy łagodniejszy podbieg pokonuje bez problemów i mijam dziewiąty kilometr. Świadomość, że to końcówka jest teraz wypełnia całą przestrzeń moich myśli. Nakręcam się i powtarzam do siebie, że jeszcze tylko kilometr i wszystko się skończy. W głębi duszy mam już dość, zaczynają boleć mnie mięśnie ramion i przykręgosłupowe, uda pieką już bardzo poważnie. Organizm daje znać, że daje z siebie wszystko i jest wyczerpany. Ja też … ale zagłuszam te myśli, po raz kolejny powtarzam sobie, że za chwilę zobaczę metę i pocałuję medal ze szczęścia. Przyśpieszam i dobiegam do tych którzy już się wspinają pod górę. Przeskakuję rów, biegnę przed siebie. Idzie mi lepiej niż na pierwszym okrążeniu, prę mocno do końca próbując utrzymać bieg. Ostatnie metry pokonuje jednak marszem. Teraz tylko dwieście metrów do mety.

            Z daleka widzę moich wiernych kibiców czekających na mnie z aparatem by uchwycić sprinterski finisz. Okropnie się cieszę, że ich widzę, przez chwilę zapominam, że w ogóle biegnę, odpływam na kilka sekund w jakąś nieświadomość. Ich okrzyki przywracają mnie do normalności. Nie wiem co krzyczeli, ale przyśpieszam na maksimum, daję z siebie wszystko i lecę na najwyższych obrotach. Sto metrów do mety. Głosy publiczności spikera uderzają mi do uszu. Słyszę swój numer startowy i nazwisko. Przekraczam metę!

54:58 !!! Poniżej godziny. Poniżej 55 minut! Nie wierzę… Nie wierzę, że się udało. W środku czuję wielką ulgę i ogromną radość. Odbieram medal. Nawet na niego nie patrzę.

Zatrzymuje się i jestem zdezorientowany. Miesza się we mnie całkowita euforia z niedowierzaniem, poczuciem nierealności tego co się właśnie wydarzyło. Byłem jakby zawieszony w próżni i nie wiedziałem czy to prawda. Czy to prawda, ze właśnie osiągnąłem swój wielki cel i w końcu spełniłem marzenie?

Piję wodę. Patrzę rozbieganym wzrokiem w stronę mety, przybiega moja kibicowska ekipa. Siadam na chodniku i ubieram kurtkę. Biorę głęboki oddech. Muszę wrócić do siebie… psychicznie. Nie mogę pomieścić w sobie tylu emocji. Jest intensywnie pięknie, fizycznie zmęczenie odeszło w cień. Dociera do mnie mój mały, upragniony sukces. Dopiero teraz widzę, że medal jest przepiękny.

Po kilkunastu minutach wracam do rzeczywistości. Ciało i dusza wracają w jedno miejsce i teraz w pełni doświadczają tego zwycięstwa nad samym sobą. Te 55 minut dało mi odpowiedzi na pytania które sobie zadawałem. Pytania o to czy jestem wystarczająco silny, zawzięty w sobie, czy potrafię przełamać granice i bariery, przezwyciężyć słabości i niedoskonałości. Pytania o sens tego co się w życiu robi, o możliwość osiągania sukcesów, o  realność jeszcze nie spełnionych marzeń.

Dla mnie ta granica godziny była magiczna, była czymś niemożliwym do przekroczenia. Komuś może się to wydawać śmieszne… bo dla większości biegaczy mój wynik to „śmiech na sali”. Ale to moja granica, moja poprzeczka, nikomu nic do tego… ja sam, osobiście własnymi nogami ją pokonałem. Teraz wiem, że niemożliwe nie istnieje, przekonałem się na własnej skórze. I jestem z tego dumny, jestem dumny z siebie i czuję, że to mój mały-wielki sukces. Wygrałem sam ze sobą, z nikim innym. Ci którzy byli przede mną i ci którzy byli za mną tak na prawdę nie mieli żadnego znaczenia. Mimo że byłem na 70 miejscu czuję się zwycięzcą dla samego siebie.

Sukces jednak nie smakowałby tak dobrze, gdybym nie mógł go podzielić z innymi. Z tymi którzy trzymali mocno kciuki, wspierali duchowo i powtarzali, że jestem „ich mistrzem”. Dziękuję Wam!

Było warto poświęcić kilka miesięcy by być w tym momencie. Było warto mimo potu na treningach i ognistego bólu mięśni tuż za metą. Było warto dla siebie i dla innych. 

Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzoooo się cieszę!





niedziela, 30 kwietnia 2017

Całe życie w jeden dzień

Minęło dzieciństwo, minął czas nastoletni i powoli mija życie dorosłe. Kiedyś wydawało się tajemnicze, intrygujące, ciekawe a może nawet trochę magiczne. Ciągnęło do tego co nieznane i do tego co zabronione. We wnętrzu ciała, gdzieś pomiędzy mostkiem a pęcherzem można było poczuć namacalnie kogoś, jakby inną niż my sami osobę skaczącą z niecierpliwości i krzyczącą na całe gardło „Zrób to!”. Ten ktoś ściskał serce, który by przeżyć domagało się adrenaliny i nowych doznań. Organizm wręcz potrzebował, więcej i więcej, coraz to nowych doświadczeń i przeżyć. Bo przecież nie można czekać, nie można tego odkładać.

„Życie jest zbyt, krótkie przecież nie zdążę zrobić wszystkiego przed śmiercią!” – mówił chochlik kierujący nastoletnim ciałem i umysłem. Jedni go słuchają i próbują zdążyć, robią wszystko by spróbować całego świata jak najszybciej i najmocniej. Innych dopada zwykła szara codzienność i przestają marzyć o odkrywaniu życia, żyją ot, tak po prostu.

Ale czasem zdarza się taki dzień, w którym można przeżyć całe swoje życie …

Dzień, w którym wszystko się zmieni, po którym nic już nie będzie dla ciebie takie samo. Dzień który będzie najważniejszym w twoim życiu … już do końca życia. Wszystko co przeżyłeś wcześniej straci swoje znaczenie, wszystko co przeżyjesz później nie będzie miało takiego sensu. Żaden inny dzień nie będzie miał takiego wpływu na twoje życie. Bo twoje całe życie zamknie się w tym dniu od początku do końca. Wszystkie dostępne w tobie emocje wypłyną na wierzch, a to co będzie znajdowało się tego dnia wokół ciebie wchłonie się bezpowrotnie do wewnątrz twojego serca i mózgu. Ten dzień odbije swoje piętno niczym obraz odbity na błonie fotograficznej. Każdy impuls zatrzyma się w tym dniu jak promienie słońca na zdjęciu. Tak naprawdę ten dzień będzie jedynym zdjęciem z Twojego życia.

Gdyby ktoś chciał poznać prawdę o tobie i wszedł do twojego pustego mieszkania…
W albumie ze zdjęciami znalazłby tylko tą jedną kliszę gdy trzymasz na rękach swoje nowo narodzone dziecko i patrzysz na nie widząc w nim cały świat. W szufladzie leżałaby kartka na której zapisałbyś słowa których nigdy nie powiedziałeś swojej matce, ale gdy chciałeś je wykrzyczeć patrząc na jej grób było już za późno. Folder z muzyką ujawniłby mu tylko jedną piosenkę, będącą soudtrackiem do upalnego dnia spędzonego na romantycznej plaży z najpiękniejszą kobietą na świecie, którą widziałeś wtedy pierwszy i ostatni raz. Ściany twojego mieszkania będzie przyozdabiał tylko jeden obraz, oprawione w grube ramy płótno przedstawiające obrzydliwą i spoconą twarz mężczyzny który cię zgwałcił. Jedyną książką którą by znalazł na twoich pułkach okazała ta która opisała jak długą drogę przeszedłeś by pokonać swój pierwszy w życiu maraton unosząc ręce w geście wielkiego zwycięstwa nad samym sobą. A gdyby przekręcił kran zamiast wody poleciałaby z niego krew małej dziewczynki którą śmiertelnie potrąciłeś samochodem pisząc kolejnego sms-a.

Wydaje Ci się, że przeżyłeś w swoim życiu wszystko i już nikt i nic Cię w życiu nie zaskoczy? A może wydaje Ci się, że będziesz spokojnie żył do końca swych dni w poczuciu bezpiecznej stabilizacji?

Taki dzień może przyjść zawsze.


czwartek, 1 grudnia 2016

Wracam.

            Wracam. Jadę pociągiem tam skąd przyjechałem - z bagażem doświadczeń i biletem do domu. Do domu, miejsca tak mi bliskiego, a którego boje się, że nie poznam. Ponad tysiąc kilometrów nie jest mi straszne jak odpowiedź na pytanie „Czy mam do czego wracać?”. Czy bardziej obawiałem się wyjazdu czy powrotu?

            Każdy się czegoś boi. Każdy z tych ludzi, którzy właśnie zajęli swoje miejsca w wygodnych siedzeniach się czegoś boi. Może jeszcze przed chwilą odczuwali strach przed tym, że wifi w pociągu nie będzie działać i przez kilka godzin będą poza obiegiem informacji. Poza życiem. W próżni. Może przez całą tą drogę, będą się przez to niezręcznie do tego stopnia że będą unikać każdego spojrzenia które spotka ich ze strony współpasażerów. Będą się chować przed wzrokiem innych jednocześnie chcąc mieć na oku wszystkich.

            Sam pogrążam się w swoich głębokich myślach i odcinam od świata który mnie otacza. Ale muzyka w słuchawkach tym razem nie pomaga na samotność w podróży i w śród własnych strachów. Jakby coś zgrzytało w uszach, jakby muzyka fałszowała coś, albo zagłuszała prawdziwe dźwięki. Więc wyłączam cyfrowe dźwięki, odrywam kable wchodzące mi do uszu. Słyszę rytmiczny szum i stukot.

            Za oknem jest czarno, niczego nie widać, kontury otoczenia majaczą w odcieniach nocy. Na zewnątrz jest chłodno, idzie zima. Za kilka dni na pewno spadnie śnieg, być może tysiąc kilometrów dalej już spadł (?). Dziewczyna która czekała na peronie kilka metrów ode mnie miała twarz w kolorze śniegu.  Nie mogłem odgadnąć czy to jej naturalny kolor skóry czy była to sztuczne światła dworca wyretuszowały jej drobną buzię. Twarze kilku na oko Kolumbijczyków lub Wenezuelczyków którzy wsiadali przed nami też wyglądały blado.

            Zanim przyzwyczaiłem się do naturalnych dźwięków pociągu myślałem, że w przedziale panuje zupełna cisza.  Być może wszyscy zasnęli ze słuchawkami w uszach. Być może każdy myśli o miejscu do którego jedzie i z którego wraca.

            Jednak teraz już słyszę. Ktoś tu żyje, więc i ja się ożywiłem. Gdzieś daleko z przodu doba mnie głos pięknie płynącego w powietrzu języka włoskiego. Tutaj nie jest głośny, ale domyślam się, że z przodu musi być bardzo intensywny i soczysty. Trzy włoszki trajkoczą z właściwą dla „italiano” ekspresją. Nic z tego nie rozumiem, ale dźwięki są tak przyjemne, że teraz czuję jak robi mi się coraz cieplej. Chyba opowiadają śmieszne rzeczy, bo śmieją się wesoło pomimo zmęczonych oczu, które mrużą od nadmiaru białego światła. Dopiero teraz zwróciłem bardziej uwagę na światło oświetlające korytarz pomiędzy siedzeniami. Część ludzi śpi, wydając z siebie ciche pochrapywania, część jakby po kryjomu szepta sobie coś wzajemnie do uszu. Czterej Latynosi, na których wcześniej zwróciłem uwagę siedzą z tyłu wyglądając na podekscytowanych podróżą i ucieszonych z powodu wspólnego spotkania po przerwie.

            Odwracam głowę od nich i zauważam, że obok mnie, po przeciwnej stronie przy szybie siedzi blondynka o śniegowej twarzy. Przez ułamek sekundy patrzyliśmy się na siebie. Jednak na tyle długo że się zorientowała i właśnie odwróciła wzrok ode mnie z powrotem wkuwając go w duży zeszyt położony na jej kolanach. Siedzi sama, na siedzeniu obok niej spoczywa plecak i czarny płaszcz. Tyle zdążyłem zobaczyć w pierwszej chwili zanim wgapiłem się jakiś wymyślony punkt wprost przede mną udając że jej nie zauważyłem. Jednak wzrok zaczyna mi uciekać w jej stronę. Na jej białą twarz opadają kosmyki długich blond włosów. Nieco zasłaniają to czemu chcę się przyjrzeć. Pochyla się nad zeszytem trzymając w chudziutkiej dłoni mały, wypisany już prawie ołówek. Kościste palce zaciskają się ołówku mocno, na paznokciach nie ma śladu lakieru. Jest jakby zwinięta w sobie, nogi ma podkulone pod pośladki. Na wąskich ramionach ma granatowy za duży na nią sweter z golfem. Chowa się, a ja nie mogę dowiedzieć się o niej nic więcej. Zagadka. Nie wiem, może Niemka? Może Skandynawka… hmm, najbardziej Szwedka.

            Miło jest łapać czyjeś spojrzenie gdy ma się świadomość, że ktoś próbuje złapać Twoje. Choć minęła dłuższa chwila znów udało Nam się złapać wzorkiem. Oparła się plecami o szybę i była zwrócona wprost w moją stronę. Przed chwilą zrobiłem to samo, żeby nie musieć mieć pretekstu patrzeć się w jej stronę. Podniosła skupione oczy znad kartki i w końcu odsłoniła się patrząc mi prosto w oczy jakby świadomie i z premedytacją. Nie uśmiechała się, jej spojrzenie jest raczej smutne, ale nie agresywne. Pomiędzy zamyślonymi i głęboko osadzonymi oczyma niebieskiego koloru chowa się mały ale zadarty nieco nos. Z pozoru subtelny charakter jej urody kończył się na mocno zaciśniętych ustach, których prawie nie było widać. Tylko wąska ledwo rozpoznawalna kreska, która jak sobie przypominam nie otworzyła się ani razu od momentu gdy zobaczyłem ją na peronie. Wtedy wydawała mi się, dojrzałą kobietą około 30-stki… teraz przypomina bardziej obrażoną rozczochraną dziewczynkę, która spisuje swoje troski w pamiętniku, jej największym skarbie.

            Patrzę na nią i się zastanawiam gdzie ta istota jedzie i czego się boi, a ona podnosi i odwraca w moją stronę swój zeszyt. Na białych kartkach pełnymi pięciolinii ukazały mi się przekreślone mocną kreską nuty, które musiała zapisywać przez cały ten czas. Na środku strony napisane było wielkimi literami „WHAT?”.

            Ostrożnie ściągam z siedzenia obok niej plecak i płaszcz i siadam. Bez protestu pozwala mi też wyciągnąć ze swojej ręki zeszyt z nutami. Przeglądam go i wpatruję się w znaki których nigdy nie nauczyłem się rozróżniać i rozumieć. Odwracam się do niej i pytam:
- Opowiesz mi o czym jest ta piosenka którą napisałaś?

            W odpowiedzi usłyszałem jej dźwięczny i czysty głos o ciepłej barwie. Nic już nie fałszuje, nic nie zgrzyta w uszach. Rozmawiamy nie zauważając że za oknem zrobiło się jasno i strach przed powrotem jakby zniknął. Po prostu jedziemy.


            

środa, 30 listopada 2016

30.11.2016

Za oknem czarne niebo i biały śnieg. Na zewnątrz jest zimno, ale czuję że dziś jest jeszcze zimniej we mnie. W środku mnie, tam gdzie nie mogę się dotknąć. Jest jakoś smutno i pusto ... nie zrobiłem dziś nic pożytecznego. Cały dzień mieliłem własne myśli. A gdy już postanowiłem je zapisać okazało się, że jestem zbyt zmęczony by je ubrać w słowa. Dopadł mnie ten dziwny stan gdy człowiek cały dzień chce coś zrobić, cały dzień się do tego zbiera i o godzinie 22 okazuje się, że nie ruszył się nawet z łóżka, nie kiwnął palcem.

Chyba chciałem dziś z kimś porozmawiać. Nie wiem z kim, myślę że z kimkolwiek. Najlepiej z kimś nieznajomym. Z kimś z kim rozmowa toczyłaby się bez zobowiązań ... rozmowa pozbawiona przeszłości i bez szans na przyszłość. Rozmowa która wydarzyłaby się jeden jedyny raz a później nigdy nie powtórzyła. Lubię poznawać ludzi - lubię dawać się poznawać innym ludziom. Mam wtedy to uczucie, że mogę być przez ten moment nowym człowiekiem, jakbym się rodził na nowo. Wtedy jeszcze mogę wpłynąć na to jak będę przez tego człowieka postrzegany. Hmm... umiem robić "dobre pierwsze wrażenie", ale później jest już coraz gorzej. Ludzie myślą "traci przy bliższym poznaniu".

Ja sam o sobie chyba też tak myślę. Chyba znów nie lubię samego siebie. Albo tylko się z samym sobą droczę.

Za oknem czarne niebo i biały śnieg, a ja napisałem kilka zdań na blogu. Może by do tego wrócić?

piątek, 8 maja 2015

Wszystko jedno.

Niedawno skończyliśmy rozmawiać. Być może już śpisz, ja piję napar i zasiadam by dokończyć dzisiejszą część tego listu.

***

To zapis mnie, który mogli przeczytać tak naprawdę wszyscy, nie wszyscy mogli jednak sprawdzić co się za tym kryje w rzeczywistości.

***

„Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy nad rozumem.” Tak pisała Nosowska. Nie do końca się z nią zgadzam. Dyskutowałbym. Dla mnie to jest nieustanna walka duszy i rozumu. Dużo bardziej agresywnej niż tę którą znamy z reklam w telewizji.

***

U mnie serce i rozum walczą na poważnie, walczą zażarcie, bez ustanku, na śmierć i życie. 
Walka na myśli – czyli najcięższą artylerię jaką tylko mogły wyciągnąć moje dwa zbuntowane ośrodki dziwnego jestestwa. To nie jest sprawiedliwy pojedynek… to bijatyka pełna noży, kastetów i maczet raniących na zmianę przeciwległe bieguny osobowości. Każda myśl przyjmuje formę silnego jak końskie kopyto ciosu, snajpersko celnego pocisku śrutowego lub wielkiego wybuchu bomby atomowo-jądrowo-biologoiczno-chemicznej. Żadna ze stron nie odpuszcza, obie tak samo dobrze wyposażone w najbardziej nowoczesną broń szerokiego rażenia. I dusza i rozum porozumiewają się tym samym językiem … językiem natrętnych myśli – jednak mają zupełnie inne zdanie. Na tyle inne, że nie potrafią dojść do porozumienia i nie pomagają żadne negocjacje, pertraktacje i umowy o zawieszeniu broni. Mam wrażenie, że oba te układy żyją własnym życiem opętanym żądzą awantury, zadymy i zemsty.
                Mózg zachowuje się jak naspidowany najmocniejszym koksem świata dyskotekowy świr, a duch obiera sobie za idola katatoniczne dziecko z tragicznie złośliwą odmianą ADHD.
Co sekunda uderzają na przemian kolejną dawką upierdliwie nawrotowych myśli.
Nieważne czy to podczas robienia śniadania czy egzaminu na uczelni, nieważne czy to leżę w wannie czy mam rozmowę o pracę, nie ważne czy to leniwa niedziela czy zapracowany czwartek. Zawsze i wszędzie o każdej chwili dnia i nocy. Nadpobudliwy słowotok rozlewa się po całym ciele przemierzając korytarze żył i obciążając krew nierealną obawą. Obawą, że jeśli któryś z wrogich obozów nie przejmie władzy, ostatecznie nade mną nie zapanuję to będzie to walka nieskończenie wyczerpująca. Wyniszczająca organizm jak zbombardowany bezbronny kraj bez tarczy anty-rakietowej. Będzie pełno ofiar i jeńców… rozum zacznie wybijać społeczną elitę intelektualistów, a serce zabierze się za masowe gwałty kobiet i dzieci. Bez pierdolenia. A największą ofiarą mogę być ja sam… już zawsze będąc przerażony wizją nie kończącego się nigdy paranoicznie wewnętrznego dialogu. Że nie zapanuję nad tragicznym konfliktem. 

***
Tego się właśnie boję. Że do końca życia będę nękany absolutnie nieodpartym niepowstrzymanym przymusem analizowania wszystkiego pierdyliard razy. Na podstawie „Przeszłości” zastanawiałem się, czy to jest jakaś wada wrodzona czy może gdzieś w między czasie ktoś wmontował mi moduł nadwrażliwości i niemożności opanowania dwóch podstawowych dla każdego człowieka obszarów myślenia. Choruję na jakiś chroniczny niedobór emocjonalnej równowagi, zaburzenia błędnika prawdy i kłamstwa, daltonizm czerni i bieli. To skrajnie mącząca anomalia.

***
… Że wszystko czuję sto razy bardziej, sto razy mocniej, sto razy intensywniej… No właśnie. To jest właśnie to nadaktywne działanie moich zmysłów. Zwykły przyziemny smutek potrafi nagle zmienić się w tragedię rozpaczy, a normalny życzliwy uśmiech transformuje się w hiper euforię. Oczy widzą ostro – zbyt ostro, uszy słyszą wyraźnie – zbyt dokładnie, ręce nie dotykają – ręce chłoną.  Zmysły są zaborcze i chytre, każdy z bodźców muszą schwytać natychmiast, teraz i już. Nie czekają, łapczywie rozkładają impuls na czynniki pierwsze, na setki, tysiące i miliony cienkich nitek, które plączą się w wielkie kłęby. Kłęby niepozbieranych wniosków. Kłócące się rozum i dusza tworzą jeden chaotycznie połączony głos w mojej głowie, który próbuje instruować jak rozplątać te kołtuny.
To męczące kiedy zastanawiam się nad jednym pierdołkowatym słowem lub błaho przypadkowym gestem na sto różnych sposobów wymyślając wszystkie możliwe jego wersje i konteksty. Kiedy dorabiam do nic nie znaczących zjawisk całe wysypiska teorii spiskowych.
Kiedy wewnątrz mnie pojawiają się historie przypadkowo spotkanych na mieście ludzi – kiedy muszę nie wiem dlaczego wymyślać do ich wyglądu całą biografię, od pierwszej pieluchy, przez pierwszy seks aż do pierwszej wizyty u psychiatry. Ludzi jest dużo, biografii jest dużo … myśli jest dużo.
A jeśli zaczynam rozmawiać z tym człowiekiem robi się jeszcze gorzej – oprócz biografii pojawiają się następne jeszcze bardziej złożone elementy. Mimika, gesty i słowa dają mojej wyobraźni jeszcze większe pole do popisu… znaczy się pole bitwy. Prawdziwy poligon doświadczalny migotających neuronów odczuwających napływające zachowania ludzi. Część z tych zachowań wkracza do mojego świata bardziej niż inne – kiedy rozmawiam z bliskimi mi ludźmi, impulsy są najmocniejsze i najtrwalsze. Przejmuję emocje bliskich osób do siebie i stają się moimi emocjami.
Równie mocno odczuwam świat zewnętrzny co wewnętrzny. Wczuwam się w kogoś jak w siebie. Wtedy pojawia się kluczowe pytanie „dlaczego?”. Oh jak często słyszę to pytanie. Dlaczego. Dlaczego …

***
Tak naprawdę, oprócz tego, że mogę mieć w każdej chwili tysiąc planów to w praktyce nie widzę możliwości zastosowania jednego konkretnego. Nie mógł bym się zdecydować, i pewnie przez jakiś czas jeszcze nie będę się mógł zdecydować który plan wdrożyć w życie… A? B? a może X?
Jedynym rozwiązaniem, które gdzieś mi tam świta w głowie to spróbować każdego z nich. Liznąć wszystkiego, spróbować, sprawdzić się by w końcu trafić. Wiem kim nie chcę być, ale nie wiem kim chcę. Najtrudniejsze pytanie w moim życiu… z którego przez pewien czas nawet nie zdawałem sobie sprawy. Nie wiedziałem, że mam problem z odpowiedzią na to pytanie… ale ja naprawdę kurwa nie wiem. I to mnie często doprowadza do rozpaczy. Zwłaszcza kiedy…

***

Wszystko jedno.


czwartek, 9 kwietnia 2015

Kolejnej wiosny łyk

To była najzimniejsza zima ze wszystkich zim jakie przeżyłem. Choć obiektywnie zimna nie była w ogóle.. baa, można by ją uznać za ciepłą i nieszkodliwą. Ale mnie jak na złość mnie dopadło bezwarunkowe poczucie chłodu podwianego warstwą wilgotnego wyjątkowo podstępnego powietrza.  Wdzierało się wszędzie – najpierw do pomieszczenia, później pod ciuchy a na końcu do wnętrza mojego ciała i do mózgu. Nie pomagały szczelnie zamknięte okna, odkręcone kaloryfery, nagrzane piecyki, grube ubrania czy gorące herbaty … zimno i już. Jakby się uparł. Czy to możliwe, że w ciągu tych kilku umiarkowanie ciepłych miesięcy jakimi obdarzył nas nasz klimat stałem się zmarzluchem nie przygotowanym na chociaż minimalny deficyt ciepła? Z kogoś niezależnie od pogody ubranego w cienki t-shirt i krótkie piłkarskie spodenki przetransformowałem się w zagorzałego fana wełnianych swetrów, obleśnych kalesonów i puchowych kołder… Nie ma opcji. Zresztą przyjaciel kalendarz do którego spoglądam coraz to częściej mówi mi, że królowa śniegu to przeszłość, a legendarny już postulat statystycznych Polaków o treści „Zimo Wypierdalaj” przyniósł zamierzony efekt i zima rzeczywiście wypierdoliła. I dobrze.

Zamiast kolejnego zimowego łyka herbaty malinowej przyszedł czas na wiosenny haust promieni słonecznych. Pogoda wreszcie wydaje się jakby zaczęła przemawiać rozsądnym językiem, a wszystkie jej jaźni dochodzą do wiosennego konsensusu. Temperatura, ciśnienie atmosfery, wilgotność powietrza, chmury, wiatr, prądy morskie jakby jednocześnie i jednogłośnie podały sobie rękę na zgodę dochodząc do wniosku, że zima to jednak głupi pomysł i trzeba zakończyć te „ciche dni”. Patrząc na to, staję na baczność i głośno klaszczę krzycząc „Brawo!”. Dyskretny chłód przedwiośnia z dnia na dzień przypomina bardziej wrzeszczącą słońcem wiosnę. Szare i smutne od nieprzyjemnej aury powietrze zaczyna się rumienić blado żółtym promieniem. W końcu świt przychodzi rano a zmierzch wieczorem – czyli tak jak kurwa trzeba – pozwalając nakarmić jasnością całą obrzyganą przez ostatnie kilka miesięcy szarówą przestrzeń. Atmosfera nie jest już ospale i przytłaczająco ciężka a powietrze staje się lekkie podnosząc wszystkie przygarbione od zimy postacie o kilka centymetrów wyżej by mogły dostrzec litościwe serce polskiej pogody. Niebo błękitnieje – przygnębiające Nimbostratusy zastąpiły szczebioczące Cirrocumulusy. Kreska na termometrze nieśmiało przekracza dwucyfrową wartość sprawiając, że nawet zimne mury budynków stają się z wewnątrz bardziej przytulne. Jest dobrze.

O tak, jest dobrze! Wreszcie mogę odetchnąć porządnie czerpiąc siły witalne z pogodnej czasoprzestrzeni.Dużo łatwiej iść przez życie wśród słodko cynamonowego zapachu lekkości. Lżej na duszy i lżej na ciele.


Tęskniłem za tym. Czekałem aż pogoda znów będzie choć trochę przypominać tę sierpniową sielankę z dnia w którym ją poznałem, z dnia kiedy chodziliśmy razem po górach i leżeliśmy nad jeziorem.