Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 marca 2017

Couchsurfing

            Poranne odbieranie poczty, jak każdego dnia. Na gmailu wylądowało parę reklam, które od razu wyrzuciłem do spamu, kilka newsletterów których przeczytanie zawsze odkładam w czasie, kilka wiadomości od szefa i jeden mail z couchsurfingu. Jak dawno nikt tam do mnie nie pisał! Z zaciekawieniem sprawdzam co kryje się w środku…
 „Cześć, jesteśmy barmankami z Ustrzyk Górnych, wybrałyśmy się dzisiaj do Sanoka, którego jeszcze nie znamy. musimy zostać do jutra, potrzebujemy noclegu i towarzystwa na wieczór, chciałbyś pójść z nami na piwko lub pożyczyć nam w nocy kawałek podłogi? Pozdrawiamy, Natalia i Ania.”

Kawałka podłogi pożyczyć nie za bardzo mam gdzie, ale pójść na piwko do baru … czemu nie. Pogoda jest tak „barowa” że chyba już bardziej być nie może. Sprawdzę co to za laski i może gdzieś się ustawimy. Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka widzę, że często korzystają z couchsurfingu. Co prawda zdjęcia jak zawsze na tym portalu są tak beznadziejne że ciężko się co na nich jest, ale konto wygląda całkiem przyzwoicie. Mam przeczucie, że może być ciekawie. Zostawiły swój numer telefonu, więc wysyłam eska. Kilka wiadomości później umówiłem się z nimi bliżej nie określonym wieczorem przy hotelu w którym miały załatwić sobie nocleg. No to przynajmniej będę miał z kim pogadać przy piwku lub dwóch. Jeszcze nigdy nie zawiodłem się na ludziach poznanych przez couchsurfing.

Godzina 18, dziewczyny piszą że za godzinę można się spotkać. W sam raz, zdążę się ze wszystkim ogarnąć i będę mógł na spokojnie wyjść. Mam chwilę czasu.

Od dziesięciu minut stoję w umówionym miejscu i czekam. Wysłałem smsa z pytaniem gdzie są. Podejrzewam, że w hotelu, ale nie chciałem tam wchodzić bo nie byłem pewien czy je tam znajdę. Na dworze jest chłodno i wilgotno, klimat prosto ze stereotypowego Londynu. Po kilku minutach stania w końcu dostałem odpowiedź. Barmanki stwierdziły że „chyba są na rynku”. I że będą czekać. Hmm… nieco to dziwne, no ale idę w takim razie.

Rynek o tej porze jest wymarły prawie jak jakieś cmentarzysko, więc powinniśmy się znaleźć bez problemu. W pierwszej chwili nie zauważyłem nikogo, ale idę dalej żeby wyłowić coś z unoszącej się wszędzie mgły. Przeszedłem cały plac i nie spotkałem nikogo… No ale nie, ktoś idzie. Dwie żeńskie postacie, jedna duża druga mała. One też mnie namierzyły i zmierzają w moją stronę. Witam się z nimi przedstawiając i zmarznięci szybko decydujemy się iść do najbliższej knajpy.  

Teraz już w ciepłej atmosferze czekamy aż barmanka przyniesie piwo … i tequilę. Dziewczyny jako barmanki lubią poeksperymentować z różnymi trunkami – tak mi przed chwilą powiedziały. No a teraz już sącząc pierwsze łyki zimnego piwa zacząłem im zazdrościć rozgrzewającej od środka wódki. Ale skupiam się na rozmowie. Natalia i Ania rzeczywiście pracują w Bieszczadach jako barmanki i rzeczywiście wcześniej nie były w Sanoku. Natalia okazała się niską i bladą „metalówą” w czarno czarnych włosach, z kolczykami w nosie i uszach oraz z całkiem porządnie przepitym głosem, który nie do końca pasował do delikatnej urody. Ania z kolei była wysoką tlenioną blondynką z tipsami na paznokciach i chyba dość modnymi ciuchami na sobie.

Są całkiem sympatyczne. Z rozmowy dowiedziałem się, że od rana są w mieście i w zasadzie to nie robiły nic ciekawego… Lekko zdziwiony dopytuję „jak to?”.

- Siedziałyśmy w barze po drugiej stronie rynku i wypiłyśmy kilka piwek, później kupiłyśmy wino i poszłyśmy nad jakiś strumyk, no i później poszłyśmy do hotelu się ogarnąć, a tam jacyś kolesie postawili nam kilka kolejek.
- To „niezłe” miałyście przygody – odpowiadam nie do końca wiedząc jak inaczej mógłbym to skomentować.

Bo coś mi jednak nie do końca pasuje w tej historyjce. Po co one tu przyjechały właściwie? Bo zrozumiałem że chciały zobaczyć miasto. Ale może jednak chodzi bardziej o towarzystwo (?). Wychodzi na to, że tak… właśnie opowiadają mi skąd się wzięły w Bieszczadach i co robiły wcześniej w życiu, choć właściwie to więcej o sobie mówi Natalia, może ma więcej do powiedzenia, a może Ania jest bardziej nieśmiała. W każdym razie jest tak jak myślałem wcześniej … obie musiały od czegoś w swoim życiu uciec, i trafiły tutaj. Chyba nawet nie starają się tego ukryć i mówią o tym otwarcie, choć między wierszami. Zaczął mi się podobać skrzypiący niczym metal o metal głos Natalii opowiadający o swoich studiach Uniwersytecie Artystycznym, które rzuciła stwierdzając, że nie pasuje do otoczenia akademickiego. Rozmawiamy o malarstwie i sztuce. Zacząłem zauważać w niej coś intrygującego i coraz bardziej chce się dowiedzieć co dokładnie to jest. Upijam ostatni łyk trzeciego piwa. Języki już się nam rozplątały na dobre, nawet Ania jest coraz bardziej rozmowna, a od słowa do słowa moje nowe koleżanki doszły do momentu gdy opowiedziały mi, że marzą o tym by prowadzić swoje własne schronisko w Bieszczadach. Zajebiście podoba mi się ten pomysł!

Wypiliśmy chyba 4-5 piw, jest bardzo miło, ale czas się zbierać. Dziewczyny chcą już iść spać … nic dziwnego, jest prawie północ. Ja też jestem już nieco zmęczony. Wychodzimy z knajpy prawie jako ostatni klienci. Rynek i wszystkie przyległe uliczki są zasnute jeszcze bardziej gęstą mgłą niż wcześniej, wieje zimny i mokry wiatr, jest paskudnie. Na wszelki wypadek odprowadzam dziewczyny pod hotel żeby nie zabłądziły. Stoimy przed bramą i śmiejemy się, zapraszają mnie do siebie do Wetliny żebym wpadł na piwo i pogaduchy, i już mamy się żegnać ale Ania pyta czy zapale jeszcze z nimi papierosa. Wyjaśniam, że nie palę … ale wymowna cisza i spojrzenia już dość mocno podpitych koleżanek szybko dają mi do zrozumienia, że nie chodzi o papierosa, tylko o „papierosa”.  Kiwam im głową i pokazuję gdzie możemy zapalić. Idziemy dyskretny i cichy zaułek po drugiej stronie ulic. Z torebki Ani wyłaniają się dwa grube, zielone jointy. Opanowałem chwilowe zaszokowanie sytuacją, której zupełnie się nie spodziewałem i myślę sobie - zapowiada się smakowicie.

Po kilku machach przyjemnie kręci mi się w głowie a powieki robią się coraz cięższe. O ile wcześniej śmialiśmy się często z różnych opowieści tak teraz co chwila wybuchamy serią narkotycznej śmiechawy. Właśnie uświadomiłem Anię, że palimy marihuanę pod murami zakładu karnego gdzie często przyjeżdża policja … i widzę jak jej twarz powoli zmienia się z uśmiechniętej od ucha do ucha w coraz bardziej poważną i przestraszoną. Zrobiłem to świadomie i zaraz ją uspokoiłem. Znów rozbrzmiewała ostra śmiechawa. Z dwóch skrętów nie zostało już nic. Wszyscy we troje jesteśmy „zmiażdżeni”, ja w bardzo błogi sposób, a z tego co widzę dziewczyny również. Ania właściwie jest najebana można powiedzieć … teraz wyciągnęła telefon i mówi, że będziemy robić sobie pamiątkowe zdjęcia. Sesja trwa chyba z piętnaście minut i jest mocno śmiesznie, zaczynają się przytulanki, uściski i tym podobne. Natalia teraz stoi nieco z boku, jakby z dystansem i bez przekonania. Może faza troszkę zaczęła jej przeszkadzać, jakby czuła że przesadziła. Podchodzę do niej i pytam czy wszystko jest w porządku. Zdecydowanie wolałem rozmawiać z Natalią niż robić sobie szalone fotki z Anią. Odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- Może wpadniesz do Nas do pokoju na górę skoro tak dobrze się bawimy?
- Chętnie.

Zamiast one spać u mnie, ja spałem u nich. Ahh… couchsurfing to zawsze niespodziewana i piękna przygoda!










niedziela, 12 lutego 2017

Obudź się

            Nic nie widzę, nie ma niczego. Jak gdyby pochłonęła mnie całkowita ciemność. Moje myśli są ciężkie i nie wiem, czy ta ciemność to obraz moich zamkniętych powiek czy też może oczy mam otwarte ale nie widzę obrazu. Nie czuję oczu, właściwie to nie czuję niczego, nie wiem gdzie jestem i co się dzieje. Próbuję się poruszyć, ale jakbym nie miał czym poruszać, jakby moje ciało zostało zatopione w czarnej jak smoła formalinie. Jakby kleista maź pokryła mnie całego zatapiając na zawsze w asfaltową rzeźbę. Nie, nie, nie… to nie możliwe. Muszę otworzyć oczy, muszę się obudzić! Może to sen? Może jestem w śpiączce i właśnie słyszę swoje myśli?  Ale moment, chwila, słyszę coś jeszcze …

            Głos który jeszcze przed chwilą był donośną ciszą nagle nabrał szepczącego dźwięku. „Nie możesz się obudzić, nie możesz …” wyłania się z przestrzeni która wisi gdzieś nade mną. Nie mogę tego zlokalizować, ale czuje to którymś ze zmysłów, jakby wracało krążenie w tej nieruchomej rzeźbie. Prawie niezauważalne uczucie mrowienia w całym ciele. Dłonie, stopy, wzrok, węch, smak … Jest jakby jaśniej. Uderza mnie promień mocnego światła, jak piorun.

            Elektryczny impuls przeszedł przez mój mózg. Teraz już wiem, teraz już się obudziłem. Czerń przed moimi oczami zastąpił ciemny ale bardzo ciepły odcień brązu. Przypominam sobie wszystko. Prawie wszystko. A może tylko mały fragment (?). Porwali nas, to wiem na pewno. Ale po co? Dlaczego mieli porwać mnie i Ewelinę?

            „Nie możesz się obudzić, nie możesz się obudzić”.

            Wydaje mi się, że jestem w pozycji leżącej. Jestem skrępowany, czuje ucisk na przegubach dłoni i kostkach u stóp. Przywiązany? Przypięty kajdankami? Nawet gdybym chciał nie mogę tego sprawdzić. Mimo odczuwania impulsów moje ciało nie może się ruszyć. Nie chce się ruszyć. Myślę o tym, że nie mogę się obudzić. Skoro śpię nie mogę się ruszyć. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę się ruszyć … Powtarzam sobie to w myślach wielokrotnie.

„ Nie możesz się obudzić. Inaczej ona zginie. Ona zginie”.

Wspomnienia powoli wracają. Przed oczami, jakby z mojej podświadomości pojawia się obraz gdy kładą ją na ziemi, związaną i zakneblowaną z przepaską na oczach przyduszają do podłogi. Trzech wielkich i łysych osiłków ubranych całych na czarno zapędziło nas do mrocznej piwnicy w której paliły się pochodnie na tyle światła, że widziałem jak się nad nią znęcają. Tak… jeden z nich trzymał nóż przy moim gardle a pozostała dwójka biła i kopała moją dziewczynę. Patrzyłem na to, nie mogłem nic zrobić… Kolor brudnych  ścian i ciemnego drewna podłogi, zapach stęchłej wilgoci, płomień ciepłych pochodni … wszystko to zlało się w jedną masę. Najpierw ciemny brąz, a później już tylko czerń. Coraz głębsza czerń.  

Już wtedy czułem się jak rzeźba ze skamieniałej smoły, już wtedy czułem ten przerażający paraliż. Czułem ten ciężki i czarny strach który oblepił mój umysł i moje ciało.

„Ani mi się waż otworzyć oczu. Nie możesz się obudzić…!”

Głos który unosi się i szepcze nad moją głową wcale mnie nie pociesza. Nie mam pojęcia do kogo należy. Kim są ci ludzie i czego od nas chcą. Próbuję, za wszelką cenę próbuję sobie przypomnieć o co chodzi. Próbuję coś wymyślić. Próbuję, ale kurwa nie mogę. Przecież nie mogę się obudzić, nie mogę nic zrobić. Nawet oczu kurwa otworzyć nie mogę. Kurwa, kurwa, kurwa!!!

Uspokój się. Oddychaj… albo nie! Nie oddychaj, nie ruszaj się! Jezu gadam ze sobą, ale z kim mam gadać? Panikuję. Czuję uderzenia gorąca choć w środku jakbym telepał się z zimna. Jeżeli on to widzi? Jeżeli telepię się nie tylko w środku? Nieee… gdyby widział coś by zrobił. Matko boska, przecież powiedział, że ją zabije, jak tylko się obudzę to on ją zabije! Nie ruszę się, ani drgnę, nie ma mowy. Ani o milimetr. On nie może jej zabić. Nie może. Nie zrobił tego, więc ona żyje … ona żyje. Ona na pewno żyje, bo jakby nie żyła mógłbym się obudzić. Przecież to logiczne. Muszę tylko się nie obudzić i wszystko będzie w porządku. Musi być w porządku.
„Jeśli otworzysz oczy…”.

Ja pierdole, co jeśli otworzę oczy? Co on chce zrobić Ewelinie? Dlaczego chce ją zabić? Może to jest jakiś nieśmieszny makabryczny żart? Może zaraz wyskoczy ktoś z okrzykiem „It’s just a prank bro!”? Nie mogę … nie wytrzymam. Co ja im zawiniłem do kurwy nędzy?!

Chce mi się płakać. To nie może być prawda, to się nie dzieję, naprawdę. To jest po prostu nie możliwe. Nie ma takiej możliwości. Nie ma żadnej piwnicy, żadnych opryszków-porywaczy, żadnego głosu.

Jak mam się nie obudzić skoro nie śpię? Może wcale nie spałem. A może to właśnie sen. Sen w którym śpię i śnię. Tak to jest myśl. To jest nadzieja! Przecież to oczywiste! Muszę się obudzić. Na pewno obudzę się w naszym łóżku w czystej pościeli a obok mnie będzie leżała ona wtulając we mnie swój tyłeczek. Tak bardzo chcę to zobaczyć. Tak bardzo chcę JĄ zobaczyć! Oczy aż proszą, błagają bym je otworzył.


Otworzyłem… 

sobota, 12 marca 2016

Wenus

            Stałem przed oknem, patrzyłem przez firankę na świat. Na zewnątrz wszystko było zasnute gęstą mgłą, pogoda była nieokreślona. Białe mleko wydawało się jakby chciało przeniknąć do środka naszego mieszkania. Trwałem w tym patrzeniu chyba bardzo długo, moja świadomość gdzieś odpływała…

            Z letargu wyrwał mnie niespodziewany dotyk. Ledwo poczułem jej aksamitną dłoń, która przesuwała się po moim ramieniu. Poczułem jej energię, jej ciepło. Powoli odwróciłem głowę… stała zaraz przy mnie. Stała będąc jednocześnie niewidoczna jak duch i wyraźna jak ołtarz. Patrzyła na mnie wzrokiem, który omijał całą tę mgłę i był niepowtarzalnie przeszywający. Patrzyła na mnie ze smutkiem i troską, wiedziałem, że wie. Nie wytrzymałem tego spojrzenia i spuściłem wzrok w podłogę, ręce którymi opierałem się o parapet zaczęły drżeć a ona bezszelestnie zniknęła. Ogarnęła mnie pustka. Gdy rozejrzałem się po pokoju zrozumiałem, że to jest właśnie ta mgła. Wszystkie ściany były kredowobiałe, a trupioblade powietrze przesłaniało wszystkie szczegóły. Zakręciło mi się w głowie, wszędzie była mgła i szum… przymknąłem oczy łapiąc się dłońmi za skronie.

            Po chwili moje oczy złapały ostrość, nie patrzyłem już w okno i na ściany. Teraz widziałem jasno. Drzwi, otwarte drzwi a w nich widok… jedyny rozświetlony punkt w mieszkaniu. Wszystko skoncentrowało się na niej, wysyłała ciepłe światło, którego potrzebowały moje oczy. Wiedziałem, że muszę do niej iść, a nawet biec… przez sekundę jeszcze widziałem jak krząta się z kąta w kąt po całej sypialni będąc ubrana wyłącznie w białe koronkowe figi… Dopiero wtedy zorientowałem się, że ja też jestem pół nagi. Nie zdążyłem zauważyć nawet kiedy znalazłem się tuż obok niej. Stałem na wprost niej, byliśmy dla siebie na wyciągnięcie ręki, ale najpierw musieliśmy dotknąć się spojrzeniami. Jej oczy przeszły przemianę, przybrały więcej energii a lewy kącik jej ust powędrował do góry, w stronę niechlujnie niesfornej grzywki. Jej włosy swobodnie i opadały na jej ciało, były naturalnym płaszczem, jej osłoną i jej kamuflażem. Przysłaniały delikatne ramiona i nieśmiałe piersi. Dodawały jej uroku, który bił z niej tym świetlistym ciepłem za którym podążałem, którym uwodziła mnie od początku.

            Moje ręce spoczywały na jej biodrach. Nasze ciała przywitały się muśnięciem skóry o skórę. Teraz to ona stała w bezruchu, zbliżyłem się do niej. Zbliżyłem z całą pewnością siebie przyciskając ją do siebie stanowczo ale delikatnie. Jej stopy zadrżały i odruchowo cofnęły się pociągając za sobą resztę jej ciała, wycofywała się centymetr po centymetrze… aż jej plecy poczuły chłód białej ściany. Wspięła się na palce i uświadomiła sobie, że nie ma już ucieczki. Uśmiechnąłem się do niej z całą swą radością jaką dawała mi świadomość, że znów jesteśmy razem. Chwyciłem jej prawą dłoń i objąłem swoimi… Trzymałem ją mocno i powoli klęknąłem na kolana. Patrzyłem na nią z dołu, a ona na mnie z góry, nasze twarze dzieliła teraz spora odległość, jednak moje słowa dotarły do niej natychmiastowo. Moje „Kocham Cię!” odbiło się od jej oczu i emocjonalnym echem wróciło do moich uszu. Pocałowałem ją w najpiękniejszą dłoń na świecie.

            Wszystko stało się wyraźne, bo była już tylko ona. Obejmowałem jej uda, a moje usta kręciły się w okolicy jej kolan. Muskałem jej skórę mikroskopijnymi pocałunkami. Zmysły pracowały na najwyższych obrotach. Pod palcami wyczuwałem fakturę jej skóry, dotykałem jej linii papilarnych rozlanych po tych słodko-różowych nogach. Wdychałem jej zapach, jej naturalne perfumy ogarniały mój nos i płuca. Wcisnąłem ręce między ścianę a nią, tak by móc złapać jej pośladki. Pod wrażeniem ich miękkości ścisnąłem je. Jak po ścieżce mój język szedł w górę. Ona już wiedziała gdzie zmierzam, patrzyła na mnie z uśmiechem za który od zawsze dałbym się pokroić. Ja spoglądałem od czasu do czasu na nią, jej promieniście rozanielona twarz wyglądała z pomiędzy podnieconych piersi… Spojrzałem raz jeszcze w stronę mojego światła i  palce chwyciły za gumkę jej majtek. Jej mowa ciała pomogła mi w ich błyskawicznym pozbyciu się ich. Klęczałem przed moją boginią i chciałem oddać jej wszystkie hołdy i pokłony. Uniosła nóżkę bym mógł pocałować ją we wszystkie miejsca o których marzyłem. Po wewnętrznej stronie jej uda spłynęła wilgotna strużka. Powstrzymałem jej bieg swoim językiem i już wiedziałem jak dziś smakuje. Moje usta dotykały jej różowego skarbu i delektowały się pierwszymi liźnięciami. Język spokojnie zaczął pieścić najwrażliwsze miejsca mojej pani. Chwyciła mnie za głowę i wplotła się w moje włosy zaciskając niekontrolowanie. Kiedy mój język wędrował coraz głębiej jej noga wylądowała na moim ramieniu. Wiedziałem, czułem, że jesteśmy oboje w najwłaściwszym miejscu i czasie… Dociskałem ją coraz mocniej, kręciłem kółeczka, dawałem całusy, muskałem łechtaczkę a moja bogini traciła zmysły i równowagę. Jej nogi zaczęły drżeć a całym ciałem targały skurcze rozkoszy. Pierwszy raz tego dnia pozwoliła sobie na wydanie jakiegokolwiek dźwięku… jęknęła przeciągle, choć starała się to ukryć.  Nie dała rady, w jednym momencie wszystkie blokady puściły, rozległ się cichy okrzyk spełnienia. Promieniała jeszcze mocniej, płonęła jak krwisty zachód słońca pośród otaczającej bieli.

            Opadliśmy na łóżko, które czekało na nas jak poduszka powietrzna. Mglista pościel ochłodziła rozgrzane ciała tylko na moment. Bo tylko przez moment wytrzymaliśmy w bezruchu i oszołomieniu tym czego przed chwilą doświadczyliśmy. Rozochocona Wenus domagała się następnych modlitw i kolejnych ofiar złożonych na jej cielesnym ołtarzu. Jako jej zagorzały wyznawca tylko na to czekałem, a kiedy wskoczyła na mnie szybkim i łapczywym susem czułem się jak boski wybraniec.  

            Znów była na górze. Kiedy wchodziłem w jej cipkę przeszyło mnie doszczętnie jakieś nieokreślone błogosławieństwo. Czułem coś czego nie doświadczyłem nigdy wcześniej. Zmrużyłem oczy rozpływając się w przyjemnościach jakimi się wzajemnie obdarowywaliśmy… lecz i tak była nadprzyrodzenie wyraźna. Jej włosy, teraz wilgotne przykleiły się do szyi i ramion. Nie mogłem się powstrzymać od jej dotykania, krążyłem łapczywie po jej radosnych piersiach i bujnych biodrach zatrzymując się po drodze na brzuchu i pośladkach. Ujeżdżała mnie jak najszybszy rydwan a ja chciałem jej służyć… Cały czas patrzyłem. Podziwiałem krągłości i napawałem wzrok gdy we mnie wchodziła i schodziła odsłaniając największy skarb wszechświata. Przyozdobione paseczkiem włosów łono jak wisienka na torcie wieńczyło jej cudowną naturę.

            Na zmianę krzyczała głośno przebijając tym głosem wszystkie ściany i całowała mnie namiętnie. Później robiła to jednocześnie. Modliłem się do niej w ten sposób przez cały dzień i całą noc. Byliśmy tylko my. Mgła odpłynęła, wróciły kolory i ciepłe światło.

            

piątek, 13 lutego 2015

Koniec mapy

    Stoję na chodniku. Rozglądam się i nie wiem gdzie jestem, straciłem orientację. To chyba jakieś obce miasto. Macam się po kieszeniach w poszukiwaniu telefonu – nie mam. Na ręce zegarka również próżno szukać. Gdzie ja jestem?! Skrzyżowanie na którym każda droga wydaje się prowadzić donikąd … a ja nie mam żadnego drogowskazu. Dżizys, kim jest dziś człowiek bez telefonu i Internetu!? W oddali widać jakieś małe blokowisko, i to chyba jest moja jedyna opcja. Choć patrząc na nie z daleka wcale nie wzbudza mojego zaufania, wydaje się tak samo opustoszałe jak cała reszta tego smutnego krajobrazu. Na horyzoncie ani jednej żywej duszy. Ciekawe czy są jakieś nie-żywe (?) Robię ostatni rekonesans i sprawdzam czy coś niespodziewanie nie wyrosło spod ziemi. Nie ma niczego, tylko to pieprzone blokowisko. No i chmury, całe niebo jest podejrzanie szare … nie są to chmury burzowe, ale powietrze jest strasznie ciężkie. Cała ta przygnębiająca szarość w niewyjaśniony sposób próbuje mnie udusić. Niczym boa dusiciel oplątuje się wokół mojej szyi … delikatnie odbiera oddech. W powietrzu czuć wyraźnie ostry zapach, który na tym czarno-białym tle sprawia wrażenie krwiście czerwonego. Stoję tu jak kołek … czas iść! Zrobiłem ledwie parę metrów i już wiem, że to nie będzie łatwy spacer – moje nogi ważą teraz trzy razy więcej. A może to sprawka zmutowanej grawitacji? Mój cel jest chyba jeszcze strasznie daleko. Boląca głowa nie pomaga w logicznym myśleniu a w dodatku przynosi  co chwila kolejne dziwne wizje. Nie jestem pewien, ale chyba już kiedyś tu byłem. Zaczynam sobie coś przypominać i z każdym następnym kaszlnięciem okolica wydaje się bardziej realna. Wzrost poczucia realności chyba jest wprost proporcjonalny do spadku tlenu w moim organizmie. Nozdrza wypełnia mi ten bordowy smród, gardło stopniowo zaczyna uciskać … zrobiłem już chyba kilka kilometrów. Próbuję opanować swoje ciało, siadam na chodniku. Opieram się o znak drogowy. Spoglądam w stronę blokowiska i uświadamiam sobie, że nie zbliżyłem się tam ani o krok. Jak to … co jest? Czy to naprawdę aż tak daleko? Dobra, odpocznę jeszcze chwilę. Czuję, że ziemia na której spoczywa teraz moje zmęczone dupsko mocno pulsuje. Czyżby pod spodem szalała ognista lawa? Nie wiem, moja głowa odmawia posłuszeństwa … moje zmysły straciły dla mnie wiarygodność.  Staram zachować się choć odrobinę trzeźwości umysłu.

   Wśród tego chaosu wyłania się jakiś dźwięk. Słyszę go coraz wyraźniej wyławiając z szumu wewnątrz głowy. Namierzyłem go! Widzę, że jakaś mała kropka przypominająca samochód zmierza w moją stronę. Koniec tego leżenia, wstaję. Muszę go zatrzymać. Zrobić cokolwiek żeby się stąd wydostać. W tym momencie utrzymanie pozycji stojącej wydaje mi się czynnością dość ekstremalną, ale samochód już się zbliża, zaraz mnie ktoś uratuje. Strasznie się wlecze … ale to dobrze, czuję, że wracam do normalności. „Jest lepiej, jest lepiej, jest  lepiej …” powtarzam w myślach. Siła autosugestii ewidentnie pomaga, teraz już stoję twardo na nogach i szum w głowie ucichł. Jest już jakieś 50 metrów ode mnie. Widzę, że się na mnie patrzy - wielka głowa wystająca z małego okienka czerwonego pojazdu. Zatrzymał się a ja próbuję podbiec. Teraz już mam pełen obraz mojego wybawcy. Czekaj, czekaj …  przecież ja go znam!

- Szczęść Boże księdzu! Mogę się z księdzem zabrać? Bo utknąłem tutaj i nie za dobrze się czuję.
- …
- Noo, proszę. Gdzie ksiądz jedzie? Ja chcę tylko dostać się do cywilizacji, mogę wsiąść?


Odpowiedział mi ciszą. Patrzę w jego oczy i widzę ten diabelski wzrok, którym prześladował mnie w szkole. Nigdy go nie zapomnę … Zero emocji na twarzy, ale oczy mówią „I come from hell bitch!”. Przegrałem, spuszczam wzrok, patrzę w dół. Kurwa! Nie … gdzie są jego nogi!? On nie ma nóg. W ogóle. Nawet kolan – jego postać kończy się na tułowiu ozdobionym wielgaśnym, tłustym brzuchem. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Jeszcze jedno spojrzenie w oczy. Wpatruje się we mnie tymi wybałuszonymi gałami opętańca. Ja teraz też jestem blisko szaleństwa. Wyciąga swoją mięsistą łapę i zaczyna mnie przesuwać na bok – jakby chciał odsłonić sobie jakiś wybitnie ciekawy widok. Przecież tu nic nie ma klecho! Przestraszył się czegoś czy co? Olał mnie … wcisnął gaz do dechy i z piskiem opon rusza z miejsca zostawiając mnie tutaj samego. Nie wierzę! Szum w głowie wraca ze zdwojoną siłą. On nie ma nóg a ja jestem w czarnej dupie. Pies by go jebał, idę dalej. Odwracam się i widzę … coś jakby „koniec mapy”. WIELKA CZERWONA NICOŚĆ. Am I A Psycho?