Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przywołane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przywołane. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

Zapach

            Wybiegłem z domu jak najszybciej. Zarzuciłem na siebie cienką kurtkę i w nerwach trzasnąłem drzwiami. Delikatna wilgoć lipcowej nocy dawała ukojenie po upalnym i suchym dniu. Wziąłem głęboki wdech, ruszyłem przed siebie. Chciałem wyjść gdziekolwiek, tak po prostu wyjść, poczuć zapach pustej o tej porze ulicy. Było jakoś po pierwszej … szedłem w stronę góry parkowej. Nogi same poprowadziły mnie to tej najmniej uczęszczanej ścieżki w parku. Ostatni dom na ulicy Strzelców Podhalańskich krył w sobie wąską asfaltową dróżkę wijącą się serpentynami aż do samego szczytu skąd widać całe miasto. Najlepsze miejsce nocą w tej jebanej wymarłej dziurze.

            Szedłem na oślep, na pamięć, nawet nie myślałem że nic nie widzę, że nie świecą latarnie. Księżyc gdzieś się ukrył za chmurami. Towarzyszyły mi tylko czarne jak smoła cienie wysokich drzew. Przypomniały mi się wszystkie pocałunki których świadkami były. Pierwszy raz od kilku dni pojawił się na moich ustach uśmiech. Wydobył się ze mnie jakby samoistnie, bez mojego pozwolenia. Ale potrzebowałem go. Wtedy też poczułem, że potrzebowałem zapalić papierosa. Złapałem się za kieszeń kurtki, paczka L&M-ów była tam gdzie miałem nadzieję ją znaleźć. Czekałem na ten moment w którym dym wpełznie do moich płuc. Stroma ścieżynka kazała mi jednak z tym zaczekać. Zadyszka. Z kompletnej ciszy mogłem wyłowić tylko swój głęboki oddech i delikatny szum źródełka Chopina gdzieś z oddali. Uświadomiłem sobie jak ciemno jest w tym gąszczu, brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Nerwy odpuszczały, w zamian tego czułem wyostrzające się zmysły i takie przyjemne ukłucie. Przyśpieszyłem kroku w stronę celu mojego spaceru. Byłem blisko.

            Ławka była w idealnym położeniu, w miejscu cichym i spokojnym, ale pozwalającym widzieć i kontrolować wszystko dookoła. Z jednej strony docierały tam ciepłe promienie pomarańczowych latarni a z drugiej zionęła czarna otchłań nocy. W zasadzie obie były ciekawe, obie kusiły swym widokiem. Wyprostowałem nogi, oparłem się wygodnie i odpaliłem papierosa patrząc na skrzyżowanie głównych ulic centrum miasta. Szlak imprezowych pielgrzymek na trasie: jedyna działająca dyskoteka w mieście – dom; była spokojna. Temperatura w ciągu dnia skutecznie zabiła w ludziach chęć do egzystencji w tym skiśniętym od rozgotowanego asfaltu powietrzu. Noc była już na szczęście zdecydowanie chłodniejsza i czuć było wilgotny wiatr. Jednak w nozdrzach zalegał nieświeży, brudny kurz. Chodziła za mną ochota na zimne tanie wino. Najlepiej słodkie, truskawkowe. Oddychałem jak najgłębiej wdychając nikotynę i jednocześnie ulgę która powoli mnie zalewała. Choć ręce jeszcze drżały z nerwów to papierosowe chmury przypominały wygodne poduszki na których można było się położyć i beztrosko zasnąć. Ale nie wszyscy jeszcze spali. W tle cały czas słychać było grupkę rozbawionych gimnazjalistek upijających się cuchnącym browarem z Kauflandu za złoty sześćdziesiąt dziewięć puszka. Mijałem je dziesięć minut temu … piszczały coś do siebie pod nosem na mój temat, tak żebym niby nie słyszał, ale jednak żebym słyszał. Tępe gówniary.

            Dawno nie paliłem, jednak paczka „klikanych” L&M-ów zawsze czekała w pogotowiu na właśnie takie sytuacje jak ta. Nie lubiłem papierosów, ale czasem nie można się było bez nich obejść. Próbowałem sobie wmówić, że miętowe są zdrowsze. W rzeczywistości nie przejmowałem się tym, aż tak… Zaciągałem się zamykając oczy i wypuszczałem dym patrząc wysoko, obserwując jak papierosowe obłoki mieszają się z chmurami na niebie. Usłyszałem coś, jakby ktoś szedł w moją stronę. Czarna postać nadchodziła powoli szurając nogami.  

            Rozsznurowane trampki Converse’a przyniosły na swych podeszwach niską zakapturzoną dziewczynę w skórzanej kurtce. Nie zdążyłem się jej przyjrzeć, gdy usłyszałem…
- Witam jegomościa – wypaliła bez ostrzeżenia.
- Hmm… witam jaśnie panienkę.
- Uraczysz papierosem?

            Ostentacyjnie patrzyłem wprost przed siebie unikając kontaktu z nieznajomą, a tylko kontem oka śledziłem jej dziwaczną postać. Stała z rękami w tylnych kieszeniach spodni i się gapiła.

            - Nie palę – bezmyślnie walnąłem w tym samym momencie gdy popatrzyłem na tlącego się jeszcze papierosa, którego trzymałem w ręce.
            - Widzę właśnie … daj szluga, nie bądź menda. Przecież nie jesteś…
            - Skąd wiesz czy jestem? Znamy się? – odpowiedziałem nieco prowokująco.
            -  Nie wyglądasz – mówiła z jakąś dziwną pewnością w głosie.
            - A jaśnie panienka mnie śledzi, obserwuje?
            - Po prostu chciałam zapalić fajkę. Nie to nie, spadam.
            - Czekaj. Łap, zapalimy razem.

            Podeszła. Zsunęła z głowy kaptur - który kamuflował ją niemal całkowicie – rozpuszczając jednocześnie gęste i długie do pasa włosy.  Na nadgarstku wyciągniętej ręki lśniła tarcza chyba dość eleganckiego zegarka, na drugim dostrzegłem bransoletę z ćwiekami. Mała, zgrabna dłoń sięgnęła po papierosa i szybko przystawiła go do ust. Podpaliłem go szybko zapalniczką, a ona zaciągnęła się mocno wzdymając teatralnie policzki.

            - Dzięki! – buchnęła głośno wypuszczając dym.
            - Zostawiłaś koleżanki same?
            - To impreza nie dla mnie, nie moje towarzystwo.
            - Ale śmieszkowałyście sobie tam dość mocno – odpowiedziałem może trochę zbyt mocno.
            - One są pijane…
            - A ty czemu nie jesteś pijana? – byłem chyba coraz bardziej ciekawy.
            - Nie potrzebuję pić.
           
            Powiedziała to z jakimś ukrytym westchnieniem w głosie i na dłuższą chwilę spojrzała w ziemię, jakby oglądała swoje buty. Miałem wrażenie, że nie dokończyła tego co powiedziała, że zostawiła pauzę na coś jeszcze.

            - Potrzebuję czasem zapalić. Potrzebuję zapalić z tobą – podniosła wzrok do góry i teraz patrzyła mi prosto w oczy.

            W tym samym momencie weszła w snop latarnianego światła, dopiero teraz mogłem jej się dokładniej przyjrzeć. Wypuściła ostatni nikotynowy obłok i patrzyła z pod byka jakbym zrobił coś złego. Ja też patrzyłem, i już wiedziałem, że to nie gimnazjalistka podlotka. Przymrużone oczy nadawały jej nieuzasadnionej powagi. Miała dojrzałą twarz, ale biła z niej jakaś młodzieńcza iskra. Widziałem w niej coś wesołego, ale jakby starała się to ukryć. A ja złapałem się na tym, że ciekawi mnie to co ukrywała. Mogła być w moim wieku, maksymalnie „club 27”…

            - Ja z tobą bardzo chętnie zapalę. Ale w dalszym ciągu nie jestem pewien. Czy my się tak w ogóle znamy?
            - Mam wrażenie, że tak… Tak mi mówi moja intuicja. Mogę usiąść?
            - Moja intuicja mówi, że teraz nie masz innego wyjścia. Siadaj. I opowiadaj.
            - Ale o czym chcesz żebym opowiadała? – zapytała szczerze zdziwiona i usiadła na drugim końcu ławki i zakładając noga na nogę spojrzała na mnie a później od razu odwróciła głowę wpatrując się przed siebie.
            - Noo, o tej intuicji, która to niby coś ci podpowiada. Poza tym to ty przyszłaś do mnie, więc może byś się przedstawiła, czy coś w ten deseń – uśmiechnąłem się i puściłem jej oczko.
            - Miałeś kiedyś tak, że wydawało Ci się, że kogoś znasz choć widzisz go po raz pierwszy?
            - No tak. Ale my się nawet nie widzieliśmy. To znaczy, w tej ciemności nawet nie mogłaś zobaczyć mojej twarzy a ja Twojej, dopiero teraz …
            - Dlatego właśnie przyszłam Cię zobaczyć – odpowiedziała szybko nie dając mi dokończyć.
           
            Przechyliła głowę odruchowo „przerzucając” włosy tak by nie zasłaniały jej widoku. Teraz patrzyła na mnie oczekując odpowiedzi. Była pewna siebie do tego stopnia, że zaczęło mnie to coraz bardziej ciekawić, ale też nieco paraliżować. W tej chwili usłyszałem ciche kroki dobiegające gdzieś z tyłu. Przeszedł mnie dziwny dreszcz, wzdrygnąłem się i odwróciłem za siebie. W naszą stronę szła jedna z koleżanek mojej niespodziewanej towarzyszki. Patrzyła się na nas… chyba chciała zawołać tą tajemniczą dziewczynę i pójść już do domu, ale nagle jakby się speszyła, w jednej chwili odwróciła na pięcie i wróciła skąd przyszła. Gówniary chyba skończyły imprezę. Nie istotne, odwróciłem się z powrotem.

            Siedziała bokiem, okrakiem, spuszczając w dół nogi po obu stronach ławki. Jej twarz pojawiła się przed moją o kilka centymetrów. Była jak kot, nie miała swojego własnego zapachu … pachniała nocą, była nią przesiąknięta. Pachniała wilgotnym wiatrem i wysuszonymi, spadającymi z drzew liśćmi. Nie rozpoznałem w tym żadnych perfum, jednak było to niesamowicie przyjemne. Jakbym wdychał naturalne olejki eteryczne. Powietrze zrobiło się zaskakująco lekkie, zniknął ten upalny ciężar który unosił się od kilku dni nad miastem. Poczułem ulgę, przyjemną ulgę… rozlewała się po moim ciele bardzo szybko. Cały czas obserwowałem z bliska jej nieruchomą i nic nie mówiącą twarz, której skóra wydawała się zimna. Przez moment oddałem się chwili, nie czułem żadnego skrępowania, było mi dobrze.

            - Na pierwszej randce się nie przedstawiam – wycedziła z kpiącym uśmieszkiem pod nosem.
            - To jak mam do ciebie mówić, jaśnie panienko? – zażartowałem równie ironicznie.
            - Po prostu do mnie mów. To wystarczy.
            - Proponuję spacer, porozmawiamy, zapalimy.

            Zerwała się szybko, złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą jak mała dziewczynka ciągnie swoją mamę gdy chce jej coś pokazać.

            - Pewnie, ale teraz to ja częstuje papierosem!

            Wszystko tak ładnie pachniało. Byłem spokojny, szczęśliwy.

            

czwartek, 16 marca 2017

Couchsurfing

            Poranne odbieranie poczty, jak każdego dnia. Na gmailu wylądowało parę reklam, które od razu wyrzuciłem do spamu, kilka newsletterów których przeczytanie zawsze odkładam w czasie, kilka wiadomości od szefa i jeden mail z couchsurfingu. Jak dawno nikt tam do mnie nie pisał! Z zaciekawieniem sprawdzam co kryje się w środku…
 „Cześć, jesteśmy barmankami z Ustrzyk Górnych, wybrałyśmy się dzisiaj do Sanoka, którego jeszcze nie znamy. musimy zostać do jutra, potrzebujemy noclegu i towarzystwa na wieczór, chciałbyś pójść z nami na piwko lub pożyczyć nam w nocy kawałek podłogi? Pozdrawiamy, Natalia i Ania.”

Kawałka podłogi pożyczyć nie za bardzo mam gdzie, ale pójść na piwko do baru … czemu nie. Pogoda jest tak „barowa” że chyba już bardziej być nie może. Sprawdzę co to za laski i może gdzieś się ustawimy. Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka widzę, że często korzystają z couchsurfingu. Co prawda zdjęcia jak zawsze na tym portalu są tak beznadziejne że ciężko się co na nich jest, ale konto wygląda całkiem przyzwoicie. Mam przeczucie, że może być ciekawie. Zostawiły swój numer telefonu, więc wysyłam eska. Kilka wiadomości później umówiłem się z nimi bliżej nie określonym wieczorem przy hotelu w którym miały załatwić sobie nocleg. No to przynajmniej będę miał z kim pogadać przy piwku lub dwóch. Jeszcze nigdy nie zawiodłem się na ludziach poznanych przez couchsurfing.

Godzina 18, dziewczyny piszą że za godzinę można się spotkać. W sam raz, zdążę się ze wszystkim ogarnąć i będę mógł na spokojnie wyjść. Mam chwilę czasu.

Od dziesięciu minut stoję w umówionym miejscu i czekam. Wysłałem smsa z pytaniem gdzie są. Podejrzewam, że w hotelu, ale nie chciałem tam wchodzić bo nie byłem pewien czy je tam znajdę. Na dworze jest chłodno i wilgotno, klimat prosto ze stereotypowego Londynu. Po kilku minutach stania w końcu dostałem odpowiedź. Barmanki stwierdziły że „chyba są na rynku”. I że będą czekać. Hmm… nieco to dziwne, no ale idę w takim razie.

Rynek o tej porze jest wymarły prawie jak jakieś cmentarzysko, więc powinniśmy się znaleźć bez problemu. W pierwszej chwili nie zauważyłem nikogo, ale idę dalej żeby wyłowić coś z unoszącej się wszędzie mgły. Przeszedłem cały plac i nie spotkałem nikogo… No ale nie, ktoś idzie. Dwie żeńskie postacie, jedna duża druga mała. One też mnie namierzyły i zmierzają w moją stronę. Witam się z nimi przedstawiając i zmarznięci szybko decydujemy się iść do najbliższej knajpy.  

Teraz już w ciepłej atmosferze czekamy aż barmanka przyniesie piwo … i tequilę. Dziewczyny jako barmanki lubią poeksperymentować z różnymi trunkami – tak mi przed chwilą powiedziały. No a teraz już sącząc pierwsze łyki zimnego piwa zacząłem im zazdrościć rozgrzewającej od środka wódki. Ale skupiam się na rozmowie. Natalia i Ania rzeczywiście pracują w Bieszczadach jako barmanki i rzeczywiście wcześniej nie były w Sanoku. Natalia okazała się niską i bladą „metalówą” w czarno czarnych włosach, z kolczykami w nosie i uszach oraz z całkiem porządnie przepitym głosem, który nie do końca pasował do delikatnej urody. Ania z kolei była wysoką tlenioną blondynką z tipsami na paznokciach i chyba dość modnymi ciuchami na sobie.

Są całkiem sympatyczne. Z rozmowy dowiedziałem się, że od rana są w mieście i w zasadzie to nie robiły nic ciekawego… Lekko zdziwiony dopytuję „jak to?”.

- Siedziałyśmy w barze po drugiej stronie rynku i wypiłyśmy kilka piwek, później kupiłyśmy wino i poszłyśmy nad jakiś strumyk, no i później poszłyśmy do hotelu się ogarnąć, a tam jacyś kolesie postawili nam kilka kolejek.
- To „niezłe” miałyście przygody – odpowiadam nie do końca wiedząc jak inaczej mógłbym to skomentować.

Bo coś mi jednak nie do końca pasuje w tej historyjce. Po co one tu przyjechały właściwie? Bo zrozumiałem że chciały zobaczyć miasto. Ale może jednak chodzi bardziej o towarzystwo (?). Wychodzi na to, że tak… właśnie opowiadają mi skąd się wzięły w Bieszczadach i co robiły wcześniej w życiu, choć właściwie to więcej o sobie mówi Natalia, może ma więcej do powiedzenia, a może Ania jest bardziej nieśmiała. W każdym razie jest tak jak myślałem wcześniej … obie musiały od czegoś w swoim życiu uciec, i trafiły tutaj. Chyba nawet nie starają się tego ukryć i mówią o tym otwarcie, choć między wierszami. Zaczął mi się podobać skrzypiący niczym metal o metal głos Natalii opowiadający o swoich studiach Uniwersytecie Artystycznym, które rzuciła stwierdzając, że nie pasuje do otoczenia akademickiego. Rozmawiamy o malarstwie i sztuce. Zacząłem zauważać w niej coś intrygującego i coraz bardziej chce się dowiedzieć co dokładnie to jest. Upijam ostatni łyk trzeciego piwa. Języki już się nam rozplątały na dobre, nawet Ania jest coraz bardziej rozmowna, a od słowa do słowa moje nowe koleżanki doszły do momentu gdy opowiedziały mi, że marzą o tym by prowadzić swoje własne schronisko w Bieszczadach. Zajebiście podoba mi się ten pomysł!

Wypiliśmy chyba 4-5 piw, jest bardzo miło, ale czas się zbierać. Dziewczyny chcą już iść spać … nic dziwnego, jest prawie północ. Ja też jestem już nieco zmęczony. Wychodzimy z knajpy prawie jako ostatni klienci. Rynek i wszystkie przyległe uliczki są zasnute jeszcze bardziej gęstą mgłą niż wcześniej, wieje zimny i mokry wiatr, jest paskudnie. Na wszelki wypadek odprowadzam dziewczyny pod hotel żeby nie zabłądziły. Stoimy przed bramą i śmiejemy się, zapraszają mnie do siebie do Wetliny żebym wpadł na piwo i pogaduchy, i już mamy się żegnać ale Ania pyta czy zapale jeszcze z nimi papierosa. Wyjaśniam, że nie palę … ale wymowna cisza i spojrzenia już dość mocno podpitych koleżanek szybko dają mi do zrozumienia, że nie chodzi o papierosa, tylko o „papierosa”.  Kiwam im głową i pokazuję gdzie możemy zapalić. Idziemy dyskretny i cichy zaułek po drugiej stronie ulic. Z torebki Ani wyłaniają się dwa grube, zielone jointy. Opanowałem chwilowe zaszokowanie sytuacją, której zupełnie się nie spodziewałem i myślę sobie - zapowiada się smakowicie.

Po kilku machach przyjemnie kręci mi się w głowie a powieki robią się coraz cięższe. O ile wcześniej śmialiśmy się często z różnych opowieści tak teraz co chwila wybuchamy serią narkotycznej śmiechawy. Właśnie uświadomiłem Anię, że palimy marihuanę pod murami zakładu karnego gdzie często przyjeżdża policja … i widzę jak jej twarz powoli zmienia się z uśmiechniętej od ucha do ucha w coraz bardziej poważną i przestraszoną. Zrobiłem to świadomie i zaraz ją uspokoiłem. Znów rozbrzmiewała ostra śmiechawa. Z dwóch skrętów nie zostało już nic. Wszyscy we troje jesteśmy „zmiażdżeni”, ja w bardzo błogi sposób, a z tego co widzę dziewczyny również. Ania właściwie jest najebana można powiedzieć … teraz wyciągnęła telefon i mówi, że będziemy robić sobie pamiątkowe zdjęcia. Sesja trwa chyba z piętnaście minut i jest mocno śmiesznie, zaczynają się przytulanki, uściski i tym podobne. Natalia teraz stoi nieco z boku, jakby z dystansem i bez przekonania. Może faza troszkę zaczęła jej przeszkadzać, jakby czuła że przesadziła. Podchodzę do niej i pytam czy wszystko jest w porządku. Zdecydowanie wolałem rozmawiać z Natalią niż robić sobie szalone fotki z Anią. Odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- Może wpadniesz do Nas do pokoju na górę skoro tak dobrze się bawimy?
- Chętnie.

Zamiast one spać u mnie, ja spałem u nich. Ahh… couchsurfing to zawsze niespodziewana i piękna przygoda!










czwartek, 1 grudnia 2016

Wracam.

            Wracam. Jadę pociągiem tam skąd przyjechałem - z bagażem doświadczeń i biletem do domu. Do domu, miejsca tak mi bliskiego, a którego boje się, że nie poznam. Ponad tysiąc kilometrów nie jest mi straszne jak odpowiedź na pytanie „Czy mam do czego wracać?”. Czy bardziej obawiałem się wyjazdu czy powrotu?

            Każdy się czegoś boi. Każdy z tych ludzi, którzy właśnie zajęli swoje miejsca w wygodnych siedzeniach się czegoś boi. Może jeszcze przed chwilą odczuwali strach przed tym, że wifi w pociągu nie będzie działać i przez kilka godzin będą poza obiegiem informacji. Poza życiem. W próżni. Może przez całą tą drogę, będą się przez to niezręcznie do tego stopnia że będą unikać każdego spojrzenia które spotka ich ze strony współpasażerów. Będą się chować przed wzrokiem innych jednocześnie chcąc mieć na oku wszystkich.

            Sam pogrążam się w swoich głębokich myślach i odcinam od świata który mnie otacza. Ale muzyka w słuchawkach tym razem nie pomaga na samotność w podróży i w śród własnych strachów. Jakby coś zgrzytało w uszach, jakby muzyka fałszowała coś, albo zagłuszała prawdziwe dźwięki. Więc wyłączam cyfrowe dźwięki, odrywam kable wchodzące mi do uszu. Słyszę rytmiczny szum i stukot.

            Za oknem jest czarno, niczego nie widać, kontury otoczenia majaczą w odcieniach nocy. Na zewnątrz jest chłodno, idzie zima. Za kilka dni na pewno spadnie śnieg, być może tysiąc kilometrów dalej już spadł (?). Dziewczyna która czekała na peronie kilka metrów ode mnie miała twarz w kolorze śniegu.  Nie mogłem odgadnąć czy to jej naturalny kolor skóry czy była to sztuczne światła dworca wyretuszowały jej drobną buzię. Twarze kilku na oko Kolumbijczyków lub Wenezuelczyków którzy wsiadali przed nami też wyglądały blado.

            Zanim przyzwyczaiłem się do naturalnych dźwięków pociągu myślałem, że w przedziale panuje zupełna cisza.  Być może wszyscy zasnęli ze słuchawkami w uszach. Być może każdy myśli o miejscu do którego jedzie i z którego wraca.

            Jednak teraz już słyszę. Ktoś tu żyje, więc i ja się ożywiłem. Gdzieś daleko z przodu doba mnie głos pięknie płynącego w powietrzu języka włoskiego. Tutaj nie jest głośny, ale domyślam się, że z przodu musi być bardzo intensywny i soczysty. Trzy włoszki trajkoczą z właściwą dla „italiano” ekspresją. Nic z tego nie rozumiem, ale dźwięki są tak przyjemne, że teraz czuję jak robi mi się coraz cieplej. Chyba opowiadają śmieszne rzeczy, bo śmieją się wesoło pomimo zmęczonych oczu, które mrużą od nadmiaru białego światła. Dopiero teraz zwróciłem bardziej uwagę na światło oświetlające korytarz pomiędzy siedzeniami. Część ludzi śpi, wydając z siebie ciche pochrapywania, część jakby po kryjomu szepta sobie coś wzajemnie do uszu. Czterej Latynosi, na których wcześniej zwróciłem uwagę siedzą z tyłu wyglądając na podekscytowanych podróżą i ucieszonych z powodu wspólnego spotkania po przerwie.

            Odwracam głowę od nich i zauważam, że obok mnie, po przeciwnej stronie przy szybie siedzi blondynka o śniegowej twarzy. Przez ułamek sekundy patrzyliśmy się na siebie. Jednak na tyle długo że się zorientowała i właśnie odwróciła wzrok ode mnie z powrotem wkuwając go w duży zeszyt położony na jej kolanach. Siedzi sama, na siedzeniu obok niej spoczywa plecak i czarny płaszcz. Tyle zdążyłem zobaczyć w pierwszej chwili zanim wgapiłem się jakiś wymyślony punkt wprost przede mną udając że jej nie zauważyłem. Jednak wzrok zaczyna mi uciekać w jej stronę. Na jej białą twarz opadają kosmyki długich blond włosów. Nieco zasłaniają to czemu chcę się przyjrzeć. Pochyla się nad zeszytem trzymając w chudziutkiej dłoni mały, wypisany już prawie ołówek. Kościste palce zaciskają się ołówku mocno, na paznokciach nie ma śladu lakieru. Jest jakby zwinięta w sobie, nogi ma podkulone pod pośladki. Na wąskich ramionach ma granatowy za duży na nią sweter z golfem. Chowa się, a ja nie mogę dowiedzieć się o niej nic więcej. Zagadka. Nie wiem, może Niemka? Może Skandynawka… hmm, najbardziej Szwedka.

            Miło jest łapać czyjeś spojrzenie gdy ma się świadomość, że ktoś próbuje złapać Twoje. Choć minęła dłuższa chwila znów udało Nam się złapać wzorkiem. Oparła się plecami o szybę i była zwrócona wprost w moją stronę. Przed chwilą zrobiłem to samo, żeby nie musieć mieć pretekstu patrzeć się w jej stronę. Podniosła skupione oczy znad kartki i w końcu odsłoniła się patrząc mi prosto w oczy jakby świadomie i z premedytacją. Nie uśmiechała się, jej spojrzenie jest raczej smutne, ale nie agresywne. Pomiędzy zamyślonymi i głęboko osadzonymi oczyma niebieskiego koloru chowa się mały ale zadarty nieco nos. Z pozoru subtelny charakter jej urody kończył się na mocno zaciśniętych ustach, których prawie nie było widać. Tylko wąska ledwo rozpoznawalna kreska, która jak sobie przypominam nie otworzyła się ani razu od momentu gdy zobaczyłem ją na peronie. Wtedy wydawała mi się, dojrzałą kobietą około 30-stki… teraz przypomina bardziej obrażoną rozczochraną dziewczynkę, która spisuje swoje troski w pamiętniku, jej największym skarbie.

            Patrzę na nią i się zastanawiam gdzie ta istota jedzie i czego się boi, a ona podnosi i odwraca w moją stronę swój zeszyt. Na białych kartkach pełnymi pięciolinii ukazały mi się przekreślone mocną kreską nuty, które musiała zapisywać przez cały ten czas. Na środku strony napisane było wielkimi literami „WHAT?”.

            Ostrożnie ściągam z siedzenia obok niej plecak i płaszcz i siadam. Bez protestu pozwala mi też wyciągnąć ze swojej ręki zeszyt z nutami. Przeglądam go i wpatruję się w znaki których nigdy nie nauczyłem się rozróżniać i rozumieć. Odwracam się do niej i pytam:
- Opowiesz mi o czym jest ta piosenka którą napisałaś?

            W odpowiedzi usłyszałem jej dźwięczny i czysty głos o ciepłej barwie. Nic już nie fałszuje, nic nie zgrzyta w uszach. Rozmawiamy nie zauważając że za oknem zrobiło się jasno i strach przed powrotem jakby zniknął. Po prostu jedziemy.


            

środa, 11 lutego 2015

STRZAŁ

Strzelił. W magazynku brakowało czterech kul. Krystian L. leżał w śniegu, a w powietrzu wyraźnie unosił się gęsty zapach juchy. Zabójca, rzucił ostatnie spojrzenie na ciało oświetlone krwistym światłem latarni.  Wsiadł do samochodu, w którym cuchnęło gangsterską awanturą. Miał problem z odpaleniem silnika ale odjechał. Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy z miażdżącą siłą i mało brakowało by ją wyrwał. Śpieszył się, było bardzo ślisko a on nie zwracał na nic uwagi, patrzył prosto przed siebie nie myśląc o czymkolwiek. Jakiś kilometr od miejsca zbrodni minął go jakiś samochód. Było około godziny 6:30, było zbyt ciemno żeby kierowcy mogli się zobaczyć szczegółowo. Andrzej B. był zadowolony z siebie bo wykonał swój gangsterski obowiązek. Dojechał na parkingu, który znajdował się w neutralnym miejscu i nie wzbudzał podejrzeń. Zaczął się denerwować i chodzić wokół samochodu. Po dłuższym zastanowieniu zostawił go i szybkim krokiem ruszył do swojego mieszkania. Prawie biegł, oglądał się na wszystkie strony.
Pięć minut później był już u siebie. Czekała na niego jego przyjaciółka Kamila. Wiedziała, że coś się wydarzyło, zaczęli się kłócić, szarpali się a dziewczyna nie mogła się uspokoić, zaczęła płakać. Wziął z lodówki butelkę wódki, polał do dwóch szklanek – kazał jej wypić. Ciśnienie z niej zeszło a on wypił tą szklankę jednym haustem. Zaczęli rozmawiać już dużo spokojniej, on powoli dopijał butelkę a ona się mu przyglądała z jakimś niedowierzaniem. Mężczyzna wcale nie poczuł wypitego alkoholu i właściwie teraz zaczął dochodzić do normalnego stanu. Adrenalina uleciała i wytrącił się z transu. Uświadomił sobie co tak naprawdę zrobił. Robił już w życiu złe rzeczy, ale dotarło do niego, że nie jest już zwykłym małym przestępcą, teraz stał się mordercą. Wizja gangsterskich porachunków zasłoniła mu rzeczywistość, zaczął się czuć z tym źle, nie podejrzewał siebie o coś takiego.  Patrzył się w pustą białą ścianę, ignorował swoją małoletnią kochankę. Zaczął przypominać sobie wydarzenia całej nocy, pamiętał wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Pamiętał, ale tylko do momentu kiedy wyciągnął pistolet. Wiedział, że zabił i wiedział dlaczego to zrobił ale nie mógł zrozumieć dlaczego zostawił ciało w tak widocznym miejscu. Ocknął się dopiero wieczorem, czuł straszny głód i postanowił coś zjeść … nie wiedział, że to była jego ostatnia kolacja.
Zapadła noc, Andrzej B. był już wyczerpany, trzęsły mu się dłonie. Żeby odgonić sen sięgnął po woreczek z białym proszkiem, amfetamina była jednym z powodów dla których zabił. To wszystko przez to białe gówno. Dosypał narkotyk do swojej szklanki i wypił. Przez całą noc zadawał sobie pytanie „co dalej?”. Palił papierosa za papierosem. Nie miał planu, ale odzyskał normalną świadomość. Wiedział, że policja może być wszędzie ale chciał poczekać w mieszkaniu. Myślał, że tam będzie bezpieczny a za niedługo wymyśli plan ucieczki. Około godziny 10 rano powiedział dziewczynie, żeby wyszła wyprowadzić psy. Chciał żeby wracała szybko i trzymała się samego podwórka, żeby mógł ją obserwować z okna. Wyszła i nie było jej dość długo, zapomniał o obserwacji więc myślał, że coś jest nie tak. W pewnej chwili uświadomił sobie, że od zabójstwa minęło już prawie trzydzieści godzin. Wyjrzał przez okno i przeczesywał wzrokiem okolicę, nagle Kamila pojawiła się pod klatką, wchodziła na górę. Krew zaczęła mu się gotować i w nerwach złapał dziewczynę ze szyję nie kontrolując swojej siły. Zaczęła się dusić więc ją puścił, spadła na podłogę.  Psy wyczuwały coraz większą nerwowość. Debiutujący morderca podejrzewał dziewczynę o to, że się z kimś skontaktowała. Wydarł jej z kieszeni telefon i przeszukał go. Nie znalazł tam nic podejrzanego więc chwilowo się uspokoił, siedemnastolatka ze strachem i łzami w oczach przeprosiła ukochanego, nie wiedziała czego się spodziewać.

***

Andrzej B. miał dziwne przeczucie, że wcześniej coś mu umknęło, postanowił jeszcze raz spatrolować podwórko. Szukał czegoś co widział już poprzednim razem patrząc z okna. Sprawdził z obydwu stron mieszkania … i nagle się zorientował. Na parkingu stał zaparkowany samochód z wyróżniającymi się rejestracjami, w pobliżu pojazdu kręciło się dwóch facetów, którzy od razu wydali mu się policjantami. Przypatrzył się dokładnie żeby mieć pewność. Podświadomie wiedział, że oni wiedzą, że to nie przypadek. Wpadł w furię a instynkt obronny podpowiadał, że musi strzelać. Wyjął broń i wycelował w stronę tajniaków ale żaden z czterech strzałów nawet nie zbliżył się w tamtą stronę – jakby strzelał ślepakami. Obraz przed oczami mu się zamglił i udało mu się tylko dostrzec tych facetów którzy obezwładnili jakiegoś kierowcę na parkingu, myśleli, że to on. Ale szybko się zorientowali, że strzelec patrzy na nich z trzeciego piętra. Trzasnął oknem prawie je wybijając, pobiegł do przedpokoju, na drodze stanęła mu dziewczyna, staranował ją i w sprinterskim tempie zaczął blokować drzwi i zasłaniać okna. Sam przyniósł wszystkie najcięższe graty pod swoimi drzwiami, przesuwał meble z lekkością, jakby ruszał pionkami na planszy. Psy zaczęły ujadać a hałas był dla niego nieznośny i miał wrażenie, że głowa mu wybuchnie. Zabił jednego szybkim pociągnięciem za spust … drugi miał więcej szczęścia i uciekł.   
Mężczyzna usiadł na zimnej ze strachu podłodze, poczuł przeraźliwe zimno, całe mieszkanie na które patrzył zdawało mu się lodowate. Miał sparaliżowane ciało i myśli, dopiero kiedy usłyszał, że w łazience dziewczyna wymiotuje wstał i kontynuował barykadowanie mieszkania. Nie miał poczucia czasu i nie wiedział że tak szybko jego mieszkanie-bunkier zostanie otoczone. Ukradkiem podglądał przez okno starając się kontrolować sytuację. Spojrzał na zegarek, była 14 ale nie wiedział jaki jest dzień tygodnia. Wciągnął nosem ścieżkę z białego proszku żeby nabrać nowej energii, zrobił też wodno-amfetaminowego drinka dla Kamili, wlał w nią całą szklankę i wsadził głowę pod kran z zimną wodą. Włączyli telewizor i zaczęli śledzić kanały informacyjne gdzie dowiedzieli się, że są otoczeni a wszystkie siły policyjne miasta skupiły się na osiedlu. Gorzej - do miasta dotarły specjalne oddziały antyterrorystyczne i snajperzy którzy czaili się na dachu pobliskiej szkoły. Miał się pojawić też negocjator i rzeczywiście się pojawił ale nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Trzymał w ręku broń ze świeżym magazynkiem i czekał. Śmiał się z tych wszystkich policjancików którzy się na niego czaili i nie mogli nic zrobić, tak jak by się go bali, schlebiła mu ta myśl. Jednocześnie uświadomił sobie, że to jest koniec i trzeba zakończyć to najlepiej jak tylko się da.
Negocjator chciał wyciągnąć z mieszkania siedemnastolatkę, dziewczyna chciała uciec ale chciała też zostać. Pistolet w ręku Andrzeja jednak delikatnie sugerował żeby została i tak też zrobiła. Musiała wierzyć w to, że wszystko będzie dobrze – zawsze naiwnie nabierała się na obiecanki Andrzeja, choć tym razem nic nie obiecywał. Była nim zafascynowana i przestraszona jednocześnie. Fascynacja ta przeradzała się z czasem w uzależnienie. Zawsze jej pomagał, opiekował się nią i czuła w nim oparcie od którego nie mogła się uwolnić. Za takie poczucie jednak musiała płacić … i to słono. Andrzej miewał często swoje „odchyły” i „odloty”. Wtedy musiała się bać agresji, która unosiła się wokół jego i jego znajomych. Znał jej czułe punkty i z łatwością mógł nią sterować i manipulować, była zbyt słaba i nie chciała się rzucać swojego toksycznego nałogu. Toksycznego tak jak ten związek.
Było już ciemno, w mieszkaniu odcięto prąd, ale dla nich to nie miało żadnego znaczenia bo przecież myśleli o czym innym. Facet z pistoletem w ręce opowiedział swojej kochance co się stało, miał wyraźnie załamany głos ale poza tym nic nie zdradzało jego strachu, mimo to ona wiedziała. Już wiedziała, że źle zrobiła nie uciekając z tego mieszkania … przeczuwała najgorsze, myślała o swoich rodzicach i wszystkich złych rzeczach... Po mieszkaniu szwendał się ocalały wcześniej pies, który wkurwiał  swojego pana niemożebnie i narażał się na jego gniew, ale teraz  po prostu nie mógł go zabić. Tymczasem na zewnątrz już od kilku godzin osiedle otoczyła policja i całe stada rządnych sensacji gapiów. Najpierw na ulicach był gwar, strach i ogólna dezorientacja ale z każdą godziną robiło się spokojniej. Każdy wyczekiwał, jedni w domu przed telewizorem, inni na ulicy patrząc w stronę nieszczęśliwego bloku. Mieszkańcy miasta czuli niepokój, na ulicach nawet tych na drugim końcu miasta można było zauważyć wzmożony ruch. Andrzej B. jednak odciął się od tego całkowicie i miał nadzieję, że zaraz po niego przyjdą … nie przychodzili.

***

Dopiero teraz wymyślił plan ucieczki i chciał wziąć ze sobą Kamilę. Środkiem transportu miał być pistolet. Doszedł do wniosku, że woli umrzeć niż trafić w ręce policji i później do więzienia, bywał już w areszcie – znał to. Ale szalę przechyliła myśl o jego wspólnikach … nie mógł zdradzić swojej bandy, z tych interesów nie wychodzi się żywym. Po takiej zdradzie i tak by nie przeżył, więc to kwestia czasu.  Nie podjął rozmów z negocjatorami, mimo wielu prób z ich strony … siedzieli z dziewczyną po cichu i czekali na koniec. Policja  natomiast naiwnie czekała na cud i miała nadzieję, że podejrzany sam opuści mieszkanie. Cała akcja opierała się na zabezpieczeniu okolicy i czekaniu na szaleńca. Nie mieli z nim żadnego kontaktu ale nie podejrzewali w swojej naiwności, że Andrzej spierdoli im do świata umarłych.
Późna już noc .. antyterroryści czają się na klatce, cywile czatują w miejscach o których policja zapomniała. Ci którzy dostali się bliżej patrzyli w okna mieszkania na trzecim piętrze, czekali, czekali i nic się nie działo. W ciszy próbowali nasłuchiwać jakiś głosów akcji … cisza. Przerażająca i przeszywająca uszy i duszę cisza. W powietrzu wisiało coś, coś co może już się stało – tego jeszcze nikt nie wiedział. 
Parka z zabarykadowanego lokum wybierała się w ostatnią podróż. Siedzieli na podłodze w tym ostatnim objęciu, który wydawał się taki dziecięcy i bezinteresowny. Jedną ręką obejmował dziewczynę a w drugiej dalej trzymał gnata (na którego założył tłumik), którego nie wypuścił od kiedy zlokalizował policję. Starał się trzymać, szło mu dobrze jak na gościa który zwariował kilka(naście) godzin temu, ale w środku czuł strach, który wychodził mu skórą, włosami i wszystkimi otworami ciała. Zobaczył, że dziewczyna zbladła i od dawna się nie odzywała … wydusiła jednak ciche zmęczone „kochałam cię”. Znowu chciało się jej rzygać. Pogładził ją delikatnie lufą pistoletu po policzku wilgotnym od potu i zmierzał ku skroni (wydawało mu się, że zajmie to wieczność) … ale w końcu … strzelił ! z wielkim bólem, ale czuł, że musi. Opadła na niego ale nie chciał na nią patrzeć. Teraz miało nastąpić 30 najdłuższych sekund w życiu Andrzeja B. W głowie słyszał nierealne odliczanie do zera … i pociągnął spust, który przy tym ostatnim strzale był niewyobrażalnie ciężki. W momencie strzału przestał się bać.          
Dziewczyna gangstera już nigdy nie wyprowadzi żadnego psa na spacer i teraz może liczyć co najwyżej na ognisty spacerniak. Natomiast Andrzej B. wyląduje w piekielnej izolatce blisko diablego kotła. „Warszawiak” – jak nazywali go na osiedlu, już nigdy nie zobaczy meczu swojej ukochanej Legii Warszawa, a szkoda, mają szansę na mistrzostwo. Nigdy też nie zaparkuje krzywo na swoim parkingu wkurwiając zmotoryzowanych sąsiadów … na pewno nie będą za nim tęsknić, ale zapamiętają go na długo.
Dwa jeszcze ciepłe ciała czekały aż super agenci odkryją ze zdziwieniem zakochanych samobójców. Z nieboszczyków uciekały powoli  wszelkie oznaki życia i wielkie tłuste kawały ich grzechów. Zostały  natomiast siniaki, dziury po kulach i krew z zawartością narkotyków. W mieszkaniu było jeszcze więcej grzesznych dowodów. Antyterrorystów po wejściu do mieszkania uderzyła fala zimna … śmierć była zimna, a panowie dodatkowo poczuli, że zjebali misternie przygotowany plan ujęcia zbrodniarza. Ta dwójka miała przeżyć … a nie przeżyły nawet ich psy.
Ile ludzi, tyle teorii, ale jedno jest pewne – zginął od broni, którą sam wojował.