Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwne stany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwne stany. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Ktoś tak zdecydował

Słońce jest jeszcze bardzo wysoko, unosi się w popołudniowej pozycji nad rozległą dolinąMuszę się na nie patrzeć, zresztą nie ma tu nic innego na czym mógłbym zawiesić moje spragnione patrzenia oko. Wokół tylko rzędy kosmatych i butelkowych drzew. Więc patrzę. Jest niezwykle jasne i jego blask emanuje intensywnością. Promienie nie są gorące, nie są nawet ciepłe, lecz mimo to mają taką moc, że mam wrażenie, że mnie dotykają. Nie czuję ich jakby były to muśnięcia, o nie. Każdy z nich dotyka mnie jakby naciskając swoim ciężarem i mówi, że powinienem się przesunąć, że powinienem ustąpić im miejsca.

Wpatruje się w nie i orientuję się, że coś się zaraz wydarzy. Orientuje się, jak to? Przecież nie mogę się tu w niczym orientować. Przecież nie wiem, gdzie jestem, to miejsce jest mi zupełnie obce. Nie widzę nawet żadnego punktu, który mógłbym uważać za orientacyjny. Lecz coś mi mówi, że wiem o tym miejscu wszystko albo nawet i więcej. Jeszcze nie wiem czym to jest i próbuję sobie przypomnieć czy już tutaj kiedyś byłem. Może to miejsce ma jakąś nazwę… Nie byłem dobry z geografii, lecz nazwałbym to miejsce Doliną Słońca. Tak, ‘’Dolina Słońca’’ – to może być ‘’Dolina Słońca’’. Nie, to musi być Dolina Słońca!

 Czyli może jednak znam to miejsce. Znam je i wiedza o tym miejscu wcale mnie nie uspokaja. Ktoś mnie tu umieścił z pełną premedytacją pozostawiając sam na sam ze słońcem. Drzewa które rysują się w oddali nie rzucają żadnego cienia, jakby ich obecność była tylko iluzoryczna a cała przestrzeń wypełnia się tylko i wyłącznie słońcem. Przenoszę spojrzenie z drzew z powrotem na górę, w stronę…. W stronę gdzie jeszcze przed chwilą błyszczała świetlista KULA.

Próbuję dostrzec co zasłania przeznaczenie i cel mojej wizyty w tym miejscu, które przed chwilą tak wdzięcznie nazwałem. Zrobiło się zdecydowanie ciemniej. Kolory zrobiły się bardziej intensywne a kontrast zaczął mnie oślepiać. Nie widzę nic poza pomarańczowo-czarną breją, która nie przybiera żadnego kształtu. Jest obślizgła i tłusta, lepi się do moich oczu i naciska na powieki żądając ode mnie bym je zamknął. Nie poddaje się temu, co by się nie działo muszę to zobaczyć. Wiem, że jestem tu po to by to zobaczyć, ktoś mnie tu umieścił bym to zobaczył. Nie mogę tego nie zobaczyć – otwieram oczy.

Ostrość widzenia powoli wraca. Przekrwione oczy otwierają się coraz szerzej i uwalniają źrenice. Moje gałki oczne są zmęczone, walczyły zażarcie by zaczerpnąć choć trochę tego pięknego jasnego słońca które otaczało całą dolinę. Tego słońca, które jeszcze przed momentem próbowało mnie stąd wygonić. Dać do zrozumienia, że nie powinienem tu być, choć ktoś zdecydował za mnie całkiem inaczej. Oni zdecydowali, że muszę zobaczyć właśnie to.

Zdecydowaną część słońca przesłania czarna rozmyta plama, która zionie chłodnym powietrzem nocy. Plama ma kształt głowy, sprawia wrażenie jakby miała oczy, nos, usta i uszy. Teraz widzę to wyraźniej, z głębi wyłaniają się kształty i kolory jednej z konstelacji gwiezdnej. Ta czarna kula jest o połowę mniejsza od słońca a w jej wnętrzu kłębią się gwiazdy i księżyce. Wszystko wokół miesza się w kolorach pomarańczy i brązu. Promienie słoneczne zamieniły się w brudną maziaję która w nieładzie zaczęła rozlewać się po horyzoncie. Gwiezdna otchłań nagle wylała z siebie szare strugi czegoś co przypomina mi pajęczynę. Jej nici wypełzają coraz gęściej formując jakiś kształt, którego na początku nie mogłem rozpoznać.

Wszystko zaczęło rysować się jeszcze wyraźniej i teraz jest ostre do bólu. Z czarnej głowy wyrosły potężne ramiona, które obleczone są szarym kaftanem. Przytłaczające barki kończą się absurdalnie długimi rękawami, które są jakby puste i bezwolnie powiewają na wietrze, którego w ogóle nie odczuwam. Czasoprzestrzeń i wszystkie jej oznaki stanęły w miejscu, zamarły. Jestem tylko ja i to co powinienem zobaczyć. Lecz mimo to na górze wieje wiatr… i powiewa szmacianym kontuszem pozwalając rozpełznąć mu się niemal na całym niebie. Materiał stworzył coś w rodzaju rynny, jakiegoś tunelu, który wydawał się być pusty… nie było widać rąk, dłoni ani tułowia. Nie wiem ile to już trwa, i czy w ogóle czas biegnie. Bezosobowa materia rozchyliła się teraz pokazując w całej swej ognistej krasie. Wnętrze wypełniło się w sekundzie, nagle wszystko wylało wściekłym Pomarańczem drogi mlecznej.

Z workowatego tunelu wysypały się tysiące gwiazd, które zdawały się układać według jakiegoś wzoru określonego przez szalone płomienie światła. Uderzyło mnie agresywne gorąco i zmieszało się z chłodem czarnej dziury paraliżując moje ciało. Jestem obezwładniony, pozbawiony możliwości ucieczki. Ale przecież nie mógłbym uciec, ktoś zdecydował że nie mogę uciec. Teraz na pewno nie ucieknę. Bujne czupryny zielonych drzew sczerniały. Unosi się nad nimi gęsty czarny smog spalenizny. Kłęby dymu łączą się z rozżarzonym światłem rozlanej nade mną galaktyki tworząc dwa ogromne księżyce.

Dym gryzie w oczy nie do zniesienia. Przymykam je i znów widzę lśnienie Doliny Słońca.

  

 "DOLINA SŁOŃCA"


żartowałem - dolina słońca wygląda zupełnie inaczej!

piątek, 8 maja 2015

Wszystko jedno.

Niedawno skończyliśmy rozmawiać. Być może już śpisz, ja piję napar i zasiadam by dokończyć dzisiejszą część tego listu.

***

To zapis mnie, który mogli przeczytać tak naprawdę wszyscy, nie wszyscy mogli jednak sprawdzić co się za tym kryje w rzeczywistości.

***

„Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy nad rozumem.” Tak pisała Nosowska. Nie do końca się z nią zgadzam. Dyskutowałbym. Dla mnie to jest nieustanna walka duszy i rozumu. Dużo bardziej agresywnej niż tę którą znamy z reklam w telewizji.

***

U mnie serce i rozum walczą na poważnie, walczą zażarcie, bez ustanku, na śmierć i życie. 
Walka na myśli – czyli najcięższą artylerię jaką tylko mogły wyciągnąć moje dwa zbuntowane ośrodki dziwnego jestestwa. To nie jest sprawiedliwy pojedynek… to bijatyka pełna noży, kastetów i maczet raniących na zmianę przeciwległe bieguny osobowości. Każda myśl przyjmuje formę silnego jak końskie kopyto ciosu, snajpersko celnego pocisku śrutowego lub wielkiego wybuchu bomby atomowo-jądrowo-biologoiczno-chemicznej. Żadna ze stron nie odpuszcza, obie tak samo dobrze wyposażone w najbardziej nowoczesną broń szerokiego rażenia. I dusza i rozum porozumiewają się tym samym językiem … językiem natrętnych myśli – jednak mają zupełnie inne zdanie. Na tyle inne, że nie potrafią dojść do porozumienia i nie pomagają żadne negocjacje, pertraktacje i umowy o zawieszeniu broni. Mam wrażenie, że oba te układy żyją własnym życiem opętanym żądzą awantury, zadymy i zemsty.
                Mózg zachowuje się jak naspidowany najmocniejszym koksem świata dyskotekowy świr, a duch obiera sobie za idola katatoniczne dziecko z tragicznie złośliwą odmianą ADHD.
Co sekunda uderzają na przemian kolejną dawką upierdliwie nawrotowych myśli.
Nieważne czy to podczas robienia śniadania czy egzaminu na uczelni, nieważne czy to leżę w wannie czy mam rozmowę o pracę, nie ważne czy to leniwa niedziela czy zapracowany czwartek. Zawsze i wszędzie o każdej chwili dnia i nocy. Nadpobudliwy słowotok rozlewa się po całym ciele przemierzając korytarze żył i obciążając krew nierealną obawą. Obawą, że jeśli któryś z wrogich obozów nie przejmie władzy, ostatecznie nade mną nie zapanuję to będzie to walka nieskończenie wyczerpująca. Wyniszczająca organizm jak zbombardowany bezbronny kraj bez tarczy anty-rakietowej. Będzie pełno ofiar i jeńców… rozum zacznie wybijać społeczną elitę intelektualistów, a serce zabierze się za masowe gwałty kobiet i dzieci. Bez pierdolenia. A największą ofiarą mogę być ja sam… już zawsze będąc przerażony wizją nie kończącego się nigdy paranoicznie wewnętrznego dialogu. Że nie zapanuję nad tragicznym konfliktem. 

***
Tego się właśnie boję. Że do końca życia będę nękany absolutnie nieodpartym niepowstrzymanym przymusem analizowania wszystkiego pierdyliard razy. Na podstawie „Przeszłości” zastanawiałem się, czy to jest jakaś wada wrodzona czy może gdzieś w między czasie ktoś wmontował mi moduł nadwrażliwości i niemożności opanowania dwóch podstawowych dla każdego człowieka obszarów myślenia. Choruję na jakiś chroniczny niedobór emocjonalnej równowagi, zaburzenia błędnika prawdy i kłamstwa, daltonizm czerni i bieli. To skrajnie mącząca anomalia.

***
… Że wszystko czuję sto razy bardziej, sto razy mocniej, sto razy intensywniej… No właśnie. To jest właśnie to nadaktywne działanie moich zmysłów. Zwykły przyziemny smutek potrafi nagle zmienić się w tragedię rozpaczy, a normalny życzliwy uśmiech transformuje się w hiper euforię. Oczy widzą ostro – zbyt ostro, uszy słyszą wyraźnie – zbyt dokładnie, ręce nie dotykają – ręce chłoną.  Zmysły są zaborcze i chytre, każdy z bodźców muszą schwytać natychmiast, teraz i już. Nie czekają, łapczywie rozkładają impuls na czynniki pierwsze, na setki, tysiące i miliony cienkich nitek, które plączą się w wielkie kłęby. Kłęby niepozbieranych wniosków. Kłócące się rozum i dusza tworzą jeden chaotycznie połączony głos w mojej głowie, który próbuje instruować jak rozplątać te kołtuny.
To męczące kiedy zastanawiam się nad jednym pierdołkowatym słowem lub błaho przypadkowym gestem na sto różnych sposobów wymyślając wszystkie możliwe jego wersje i konteksty. Kiedy dorabiam do nic nie znaczących zjawisk całe wysypiska teorii spiskowych.
Kiedy wewnątrz mnie pojawiają się historie przypadkowo spotkanych na mieście ludzi – kiedy muszę nie wiem dlaczego wymyślać do ich wyglądu całą biografię, od pierwszej pieluchy, przez pierwszy seks aż do pierwszej wizyty u psychiatry. Ludzi jest dużo, biografii jest dużo … myśli jest dużo.
A jeśli zaczynam rozmawiać z tym człowiekiem robi się jeszcze gorzej – oprócz biografii pojawiają się następne jeszcze bardziej złożone elementy. Mimika, gesty i słowa dają mojej wyobraźni jeszcze większe pole do popisu… znaczy się pole bitwy. Prawdziwy poligon doświadczalny migotających neuronów odczuwających napływające zachowania ludzi. Część z tych zachowań wkracza do mojego świata bardziej niż inne – kiedy rozmawiam z bliskimi mi ludźmi, impulsy są najmocniejsze i najtrwalsze. Przejmuję emocje bliskich osób do siebie i stają się moimi emocjami.
Równie mocno odczuwam świat zewnętrzny co wewnętrzny. Wczuwam się w kogoś jak w siebie. Wtedy pojawia się kluczowe pytanie „dlaczego?”. Oh jak często słyszę to pytanie. Dlaczego. Dlaczego …

***
Tak naprawdę, oprócz tego, że mogę mieć w każdej chwili tysiąc planów to w praktyce nie widzę możliwości zastosowania jednego konkretnego. Nie mógł bym się zdecydować, i pewnie przez jakiś czas jeszcze nie będę się mógł zdecydować który plan wdrożyć w życie… A? B? a może X?
Jedynym rozwiązaniem, które gdzieś mi tam świta w głowie to spróbować każdego z nich. Liznąć wszystkiego, spróbować, sprawdzić się by w końcu trafić. Wiem kim nie chcę być, ale nie wiem kim chcę. Najtrudniejsze pytanie w moim życiu… z którego przez pewien czas nawet nie zdawałem sobie sprawy. Nie wiedziałem, że mam problem z odpowiedzią na to pytanie… ale ja naprawdę kurwa nie wiem. I to mnie często doprowadza do rozpaczy. Zwłaszcza kiedy…

***

Wszystko jedno.


piątek, 13 marca 2015

"Pierwsze wyjście z mroku"





Wieczór, koniec dnia. Całodzienny awantura myśli mnie wyczerpała. Wszystko czego mogę chcieć to wyć jak pies. 
Ze strachem przed kanonadą nigdy niewypowiedzianych słów podążam do łazienki. 
Zimne światło wybuchło z całych sił. Ściągam tiszert, spodnie, skarpetki i gacie. Patrzę w lustro – to ja. 
Łapię za telefon. Nerwowo maram palcem po ekranie. Wiedziałem od początku. Dziś Coma, tak trzeba.  
Leszek Żukowski wydźwięcznia powolne intro. Ja stawiam bociani krok, a później następny. 
Układam się embrionalnie w moim akrylowym inkubatorze. Potrzebuję się ogrzać. Fizycznie. Mentalnie. 
Gorąca woda gwałtownie opada na mnie wprost ze słuchawki. Halo (?)  
Odzywa się tylko muzyka, rozbrzmiewa narastającym echem niepasująco chłodnej armatury.  
Chciałbym jej odpowiedzieć. Zapytać. Czy to jest to miejsce gdzie wielka wiara tłumi lęk?  
Wsłuchuję się, zmysły się wyostrzają. Zamykam oczy, przekrzywiam usta. Eureka!
Nagle zaczynam robić coś co nigdy mi się nie zdarza. Wydaje mi się, że… obawiam się, że…
Dłonie napinają się tańcząc w rytm muzyki, twarz składa się do śpiewu. Tak, zacząłem śpiewać. 
W tym nierealnym transie uprzytamniam sobie brzmienie swojego głosu. Mimo to nie przestaję. 
Śpiewam. Ja śpiewam prze-niebieski czas. Ulga. Uwolniony myślotok rozluźnia moje ciało i duszę.  
Podoba mi się to, już nie śpiewam – teraz krzyczę. Czuję jak coś ulatuje razem z parą wodną.  
Mija wiele minut. Wychodzę dopiero przy tysiącach jednakowych miast. Niech będzie chwała … a w mojej duszy spokój.