Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

Zapach

            Wybiegłem z domu jak najszybciej. Zarzuciłem na siebie cienką kurtkę i w nerwach trzasnąłem drzwiami. Delikatna wilgoć lipcowej nocy dawała ukojenie po upalnym i suchym dniu. Wziąłem głęboki wdech, ruszyłem przed siebie. Chciałem wyjść gdziekolwiek, tak po prostu wyjść, poczuć zapach pustej o tej porze ulicy. Było jakoś po pierwszej … szedłem w stronę góry parkowej. Nogi same poprowadziły mnie to tej najmniej uczęszczanej ścieżki w parku. Ostatni dom na ulicy Strzelców Podhalańskich krył w sobie wąską asfaltową dróżkę wijącą się serpentynami aż do samego szczytu skąd widać całe miasto. Najlepsze miejsce nocą w tej jebanej wymarłej dziurze.

            Szedłem na oślep, na pamięć, nawet nie myślałem że nic nie widzę, że nie świecą latarnie. Księżyc gdzieś się ukrył za chmurami. Towarzyszyły mi tylko czarne jak smoła cienie wysokich drzew. Przypomniały mi się wszystkie pocałunki których świadkami były. Pierwszy raz od kilku dni pojawił się na moich ustach uśmiech. Wydobył się ze mnie jakby samoistnie, bez mojego pozwolenia. Ale potrzebowałem go. Wtedy też poczułem, że potrzebowałem zapalić papierosa. Złapałem się za kieszeń kurtki, paczka L&M-ów była tam gdzie miałem nadzieję ją znaleźć. Czekałem na ten moment w którym dym wpełznie do moich płuc. Stroma ścieżynka kazała mi jednak z tym zaczekać. Zadyszka. Z kompletnej ciszy mogłem wyłowić tylko swój głęboki oddech i delikatny szum źródełka Chopina gdzieś z oddali. Uświadomiłem sobie jak ciemno jest w tym gąszczu, brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Nerwy odpuszczały, w zamian tego czułem wyostrzające się zmysły i takie przyjemne ukłucie. Przyśpieszyłem kroku w stronę celu mojego spaceru. Byłem blisko.

            Ławka była w idealnym położeniu, w miejscu cichym i spokojnym, ale pozwalającym widzieć i kontrolować wszystko dookoła. Z jednej strony docierały tam ciepłe promienie pomarańczowych latarni a z drugiej zionęła czarna otchłań nocy. W zasadzie obie były ciekawe, obie kusiły swym widokiem. Wyprostowałem nogi, oparłem się wygodnie i odpaliłem papierosa patrząc na skrzyżowanie głównych ulic centrum miasta. Szlak imprezowych pielgrzymek na trasie: jedyna działająca dyskoteka w mieście – dom; była spokojna. Temperatura w ciągu dnia skutecznie zabiła w ludziach chęć do egzystencji w tym skiśniętym od rozgotowanego asfaltu powietrzu. Noc była już na szczęście zdecydowanie chłodniejsza i czuć było wilgotny wiatr. Jednak w nozdrzach zalegał nieświeży, brudny kurz. Chodziła za mną ochota na zimne tanie wino. Najlepiej słodkie, truskawkowe. Oddychałem jak najgłębiej wdychając nikotynę i jednocześnie ulgę która powoli mnie zalewała. Choć ręce jeszcze drżały z nerwów to papierosowe chmury przypominały wygodne poduszki na których można było się położyć i beztrosko zasnąć. Ale nie wszyscy jeszcze spali. W tle cały czas słychać było grupkę rozbawionych gimnazjalistek upijających się cuchnącym browarem z Kauflandu za złoty sześćdziesiąt dziewięć puszka. Mijałem je dziesięć minut temu … piszczały coś do siebie pod nosem na mój temat, tak żebym niby nie słyszał, ale jednak żebym słyszał. Tępe gówniary.

            Dawno nie paliłem, jednak paczka „klikanych” L&M-ów zawsze czekała w pogotowiu na właśnie takie sytuacje jak ta. Nie lubiłem papierosów, ale czasem nie można się było bez nich obejść. Próbowałem sobie wmówić, że miętowe są zdrowsze. W rzeczywistości nie przejmowałem się tym, aż tak… Zaciągałem się zamykając oczy i wypuszczałem dym patrząc wysoko, obserwując jak papierosowe obłoki mieszają się z chmurami na niebie. Usłyszałem coś, jakby ktoś szedł w moją stronę. Czarna postać nadchodziła powoli szurając nogami.  

            Rozsznurowane trampki Converse’a przyniosły na swych podeszwach niską zakapturzoną dziewczynę w skórzanej kurtce. Nie zdążyłem się jej przyjrzeć, gdy usłyszałem…
- Witam jegomościa – wypaliła bez ostrzeżenia.
- Hmm… witam jaśnie panienkę.
- Uraczysz papierosem?

            Ostentacyjnie patrzyłem wprost przed siebie unikając kontaktu z nieznajomą, a tylko kontem oka śledziłem jej dziwaczną postać. Stała z rękami w tylnych kieszeniach spodni i się gapiła.

            - Nie palę – bezmyślnie walnąłem w tym samym momencie gdy popatrzyłem na tlącego się jeszcze papierosa, którego trzymałem w ręce.
            - Widzę właśnie … daj szluga, nie bądź menda. Przecież nie jesteś…
            - Skąd wiesz czy jestem? Znamy się? – odpowiedziałem nieco prowokująco.
            -  Nie wyglądasz – mówiła z jakąś dziwną pewnością w głosie.
            - A jaśnie panienka mnie śledzi, obserwuje?
            - Po prostu chciałam zapalić fajkę. Nie to nie, spadam.
            - Czekaj. Łap, zapalimy razem.

            Podeszła. Zsunęła z głowy kaptur - który kamuflował ją niemal całkowicie – rozpuszczając jednocześnie gęste i długie do pasa włosy.  Na nadgarstku wyciągniętej ręki lśniła tarcza chyba dość eleganckiego zegarka, na drugim dostrzegłem bransoletę z ćwiekami. Mała, zgrabna dłoń sięgnęła po papierosa i szybko przystawiła go do ust. Podpaliłem go szybko zapalniczką, a ona zaciągnęła się mocno wzdymając teatralnie policzki.

            - Dzięki! – buchnęła głośno wypuszczając dym.
            - Zostawiłaś koleżanki same?
            - To impreza nie dla mnie, nie moje towarzystwo.
            - Ale śmieszkowałyście sobie tam dość mocno – odpowiedziałem może trochę zbyt mocno.
            - One są pijane…
            - A ty czemu nie jesteś pijana? – byłem chyba coraz bardziej ciekawy.
            - Nie potrzebuję pić.
           
            Powiedziała to z jakimś ukrytym westchnieniem w głosie i na dłuższą chwilę spojrzała w ziemię, jakby oglądała swoje buty. Miałem wrażenie, że nie dokończyła tego co powiedziała, że zostawiła pauzę na coś jeszcze.

            - Potrzebuję czasem zapalić. Potrzebuję zapalić z tobą – podniosła wzrok do góry i teraz patrzyła mi prosto w oczy.

            W tym samym momencie weszła w snop latarnianego światła, dopiero teraz mogłem jej się dokładniej przyjrzeć. Wypuściła ostatni nikotynowy obłok i patrzyła z pod byka jakbym zrobił coś złego. Ja też patrzyłem, i już wiedziałem, że to nie gimnazjalistka podlotka. Przymrużone oczy nadawały jej nieuzasadnionej powagi. Miała dojrzałą twarz, ale biła z niej jakaś młodzieńcza iskra. Widziałem w niej coś wesołego, ale jakby starała się to ukryć. A ja złapałem się na tym, że ciekawi mnie to co ukrywała. Mogła być w moim wieku, maksymalnie „club 27”…

            - Ja z tobą bardzo chętnie zapalę. Ale w dalszym ciągu nie jestem pewien. Czy my się tak w ogóle znamy?
            - Mam wrażenie, że tak… Tak mi mówi moja intuicja. Mogę usiąść?
            - Moja intuicja mówi, że teraz nie masz innego wyjścia. Siadaj. I opowiadaj.
            - Ale o czym chcesz żebym opowiadała? – zapytała szczerze zdziwiona i usiadła na drugim końcu ławki i zakładając noga na nogę spojrzała na mnie a później od razu odwróciła głowę wpatrując się przed siebie.
            - Noo, o tej intuicji, która to niby coś ci podpowiada. Poza tym to ty przyszłaś do mnie, więc może byś się przedstawiła, czy coś w ten deseń – uśmiechnąłem się i puściłem jej oczko.
            - Miałeś kiedyś tak, że wydawało Ci się, że kogoś znasz choć widzisz go po raz pierwszy?
            - No tak. Ale my się nawet nie widzieliśmy. To znaczy, w tej ciemności nawet nie mogłaś zobaczyć mojej twarzy a ja Twojej, dopiero teraz …
            - Dlatego właśnie przyszłam Cię zobaczyć – odpowiedziała szybko nie dając mi dokończyć.
           
            Przechyliła głowę odruchowo „przerzucając” włosy tak by nie zasłaniały jej widoku. Teraz patrzyła na mnie oczekując odpowiedzi. Była pewna siebie do tego stopnia, że zaczęło mnie to coraz bardziej ciekawić, ale też nieco paraliżować. W tej chwili usłyszałem ciche kroki dobiegające gdzieś z tyłu. Przeszedł mnie dziwny dreszcz, wzdrygnąłem się i odwróciłem za siebie. W naszą stronę szła jedna z koleżanek mojej niespodziewanej towarzyszki. Patrzyła się na nas… chyba chciała zawołać tą tajemniczą dziewczynę i pójść już do domu, ale nagle jakby się speszyła, w jednej chwili odwróciła na pięcie i wróciła skąd przyszła. Gówniary chyba skończyły imprezę. Nie istotne, odwróciłem się z powrotem.

            Siedziała bokiem, okrakiem, spuszczając w dół nogi po obu stronach ławki. Jej twarz pojawiła się przed moją o kilka centymetrów. Była jak kot, nie miała swojego własnego zapachu … pachniała nocą, była nią przesiąknięta. Pachniała wilgotnym wiatrem i wysuszonymi, spadającymi z drzew liśćmi. Nie rozpoznałem w tym żadnych perfum, jednak było to niesamowicie przyjemne. Jakbym wdychał naturalne olejki eteryczne. Powietrze zrobiło się zaskakująco lekkie, zniknął ten upalny ciężar który unosił się od kilku dni nad miastem. Poczułem ulgę, przyjemną ulgę… rozlewała się po moim ciele bardzo szybko. Cały czas obserwowałem z bliska jej nieruchomą i nic nie mówiącą twarz, której skóra wydawała się zimna. Przez moment oddałem się chwili, nie czułem żadnego skrępowania, było mi dobrze.

            - Na pierwszej randce się nie przedstawiam – wycedziła z kpiącym uśmieszkiem pod nosem.
            - To jak mam do ciebie mówić, jaśnie panienko? – zażartowałem równie ironicznie.
            - Po prostu do mnie mów. To wystarczy.
            - Proponuję spacer, porozmawiamy, zapalimy.

            Zerwała się szybko, złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą jak mała dziewczynka ciągnie swoją mamę gdy chce jej coś pokazać.

            - Pewnie, ale teraz to ja częstuje papierosem!

            Wszystko tak ładnie pachniało. Byłem spokojny, szczęśliwy.

            

niedziela, 26 lipca 2015

Ktoś tak zdecydował

Słońce jest jeszcze bardzo wysoko, unosi się w popołudniowej pozycji nad rozległą dolinąMuszę się na nie patrzeć, zresztą nie ma tu nic innego na czym mógłbym zawiesić moje spragnione patrzenia oko. Wokół tylko rzędy kosmatych i butelkowych drzew. Więc patrzę. Jest niezwykle jasne i jego blask emanuje intensywnością. Promienie nie są gorące, nie są nawet ciepłe, lecz mimo to mają taką moc, że mam wrażenie, że mnie dotykają. Nie czuję ich jakby były to muśnięcia, o nie. Każdy z nich dotyka mnie jakby naciskając swoim ciężarem i mówi, że powinienem się przesunąć, że powinienem ustąpić im miejsca.

Wpatruje się w nie i orientuję się, że coś się zaraz wydarzy. Orientuje się, jak to? Przecież nie mogę się tu w niczym orientować. Przecież nie wiem, gdzie jestem, to miejsce jest mi zupełnie obce. Nie widzę nawet żadnego punktu, który mógłbym uważać za orientacyjny. Lecz coś mi mówi, że wiem o tym miejscu wszystko albo nawet i więcej. Jeszcze nie wiem czym to jest i próbuję sobie przypomnieć czy już tutaj kiedyś byłem. Może to miejsce ma jakąś nazwę… Nie byłem dobry z geografii, lecz nazwałbym to miejsce Doliną Słońca. Tak, ‘’Dolina Słońca’’ – to może być ‘’Dolina Słońca’’. Nie, to musi być Dolina Słońca!

 Czyli może jednak znam to miejsce. Znam je i wiedza o tym miejscu wcale mnie nie uspokaja. Ktoś mnie tu umieścił z pełną premedytacją pozostawiając sam na sam ze słońcem. Drzewa które rysują się w oddali nie rzucają żadnego cienia, jakby ich obecność była tylko iluzoryczna a cała przestrzeń wypełnia się tylko i wyłącznie słońcem. Przenoszę spojrzenie z drzew z powrotem na górę, w stronę…. W stronę gdzie jeszcze przed chwilą błyszczała świetlista KULA.

Próbuję dostrzec co zasłania przeznaczenie i cel mojej wizyty w tym miejscu, które przed chwilą tak wdzięcznie nazwałem. Zrobiło się zdecydowanie ciemniej. Kolory zrobiły się bardziej intensywne a kontrast zaczął mnie oślepiać. Nie widzę nic poza pomarańczowo-czarną breją, która nie przybiera żadnego kształtu. Jest obślizgła i tłusta, lepi się do moich oczu i naciska na powieki żądając ode mnie bym je zamknął. Nie poddaje się temu, co by się nie działo muszę to zobaczyć. Wiem, że jestem tu po to by to zobaczyć, ktoś mnie tu umieścił bym to zobaczył. Nie mogę tego nie zobaczyć – otwieram oczy.

Ostrość widzenia powoli wraca. Przekrwione oczy otwierają się coraz szerzej i uwalniają źrenice. Moje gałki oczne są zmęczone, walczyły zażarcie by zaczerpnąć choć trochę tego pięknego jasnego słońca które otaczało całą dolinę. Tego słońca, które jeszcze przed momentem próbowało mnie stąd wygonić. Dać do zrozumienia, że nie powinienem tu być, choć ktoś zdecydował za mnie całkiem inaczej. Oni zdecydowali, że muszę zobaczyć właśnie to.

Zdecydowaną część słońca przesłania czarna rozmyta plama, która zionie chłodnym powietrzem nocy. Plama ma kształt głowy, sprawia wrażenie jakby miała oczy, nos, usta i uszy. Teraz widzę to wyraźniej, z głębi wyłaniają się kształty i kolory jednej z konstelacji gwiezdnej. Ta czarna kula jest o połowę mniejsza od słońca a w jej wnętrzu kłębią się gwiazdy i księżyce. Wszystko wokół miesza się w kolorach pomarańczy i brązu. Promienie słoneczne zamieniły się w brudną maziaję która w nieładzie zaczęła rozlewać się po horyzoncie. Gwiezdna otchłań nagle wylała z siebie szare strugi czegoś co przypomina mi pajęczynę. Jej nici wypełzają coraz gęściej formując jakiś kształt, którego na początku nie mogłem rozpoznać.

Wszystko zaczęło rysować się jeszcze wyraźniej i teraz jest ostre do bólu. Z czarnej głowy wyrosły potężne ramiona, które obleczone są szarym kaftanem. Przytłaczające barki kończą się absurdalnie długimi rękawami, które są jakby puste i bezwolnie powiewają na wietrze, którego w ogóle nie odczuwam. Czasoprzestrzeń i wszystkie jej oznaki stanęły w miejscu, zamarły. Jestem tylko ja i to co powinienem zobaczyć. Lecz mimo to na górze wieje wiatr… i powiewa szmacianym kontuszem pozwalając rozpełznąć mu się niemal na całym niebie. Materiał stworzył coś w rodzaju rynny, jakiegoś tunelu, który wydawał się być pusty… nie było widać rąk, dłoni ani tułowia. Nie wiem ile to już trwa, i czy w ogóle czas biegnie. Bezosobowa materia rozchyliła się teraz pokazując w całej swej ognistej krasie. Wnętrze wypełniło się w sekundzie, nagle wszystko wylało wściekłym Pomarańczem drogi mlecznej.

Z workowatego tunelu wysypały się tysiące gwiazd, które zdawały się układać według jakiegoś wzoru określonego przez szalone płomienie światła. Uderzyło mnie agresywne gorąco i zmieszało się z chłodem czarnej dziury paraliżując moje ciało. Jestem obezwładniony, pozbawiony możliwości ucieczki. Ale przecież nie mógłbym uciec, ktoś zdecydował że nie mogę uciec. Teraz na pewno nie ucieknę. Bujne czupryny zielonych drzew sczerniały. Unosi się nad nimi gęsty czarny smog spalenizny. Kłęby dymu łączą się z rozżarzonym światłem rozlanej nade mną galaktyki tworząc dwa ogromne księżyce.

Dym gryzie w oczy nie do zniesienia. Przymykam je i znów widzę lśnienie Doliny Słońca.

  

 "DOLINA SŁOŃCA"


żartowałem - dolina słońca wygląda zupełnie inaczej!

piątek, 12 czerwca 2015

Napisz do mnie!

                Tajemnica. Poznałem piękną tajemnicę. Przez przypadek i nielegalnie, ale jednak ktoś mi pozwolił ją poznać. Mam to w sobie, jak wielu też jestem podglądaczem. Dniami i nocami podążałem jej tropem, by w końcu dostać się do konspiracyjnego skarbu.  
Wskazówki wiodły mnie po setkach zapisanych kartek, kartek na których roiło się od liter jak od stada pszczół. Na początku latały bezładnie plątając się w słownym chaosie. Słowa sprawiały wrażenie jakby zostały umieszczone nie w tym miejscu, jakby nie powinny tam być. Zastanawiałem się… czy one na pewno powinny tam być (?). Wzięły się tam niespodziewanie, jakby z zaskoczenia lokując się w miejsce kompletnie dla nich nie przeznaczone. Przypadkowe słowa po prostu tam były, choć nikomu na początku się to nie podobało. Ale kiedy już się tam znalazły i pozwalały sobie być w dalszym ciągu zaczynały się zadomawiać. Nabrały sensu i jakby większego poczucia, że właśnie powinny być tu gdzie są. Nigdzie indziej, choć ich zamierzenie było zgoła odmienne. To i tak były i bezczelnie zaczynały nabierać sensu i nabierały go coraz szybciej. Słowa przeobraziły się w zdania, całe ich serie. Patrzyłem jak po krótkim czasie zadomowiły się, wykładając nogi na stół i chwytając w dłoń „jeszcze jedną szklaneczkę whiskey…”.
One doskonale wiedziały… i były tego pewne! Pewne siebie rozpanoszyły się na nieodkrytym lądzie docierając do najszczelniej zamkniętych zakamarków. Niczym złodziej wykradały stamtąd wszystko co najcenniejsze, wszystko co wartościowe. Napychały kabzę tymi kosztownościami i idąc pokrętną ścieżką do skarbca. To on od początku był celem, to było jasne, to było wiadome… jednak wszyscy to ukrywali. Obserwowałem je podejrzliwie zastanawiając się dokąd prowadzą mnie i dokąd zaprowadzą ich. Zaczęły się z sobą ścierać, zamazując jasno określoną ścieżkę do sedna. Bo przecież sedno było oczywiste, wskazówka wydawała się jednoznaczna.
Obawiałem się jednak, że mogą zaprowadzić wszystkich do: nigdzie. W tym „nigdzie” być może nie będzie żadnego sedna, żadnego skarbu. A co jeśli litery, słowa i zdania wiedzą lepiej – a co jeśli to właśnie słowa, litery i zdania są sednem i skarbem (?). Mnożyły się, odbijając od ścian i waląc rykoszetami zmieniały rzeczywistość torując drogę do poznania tajemnicy, do samych siebie.
I chyba wtedy zorientowałem się, że precjoza ukryte w skarbcu są warte tylko tyle różnica między kursem waluty słowa i emocji.  Myślę, że nie żałuję odkrycia tej tajemnicy, było warto. Zdecydowanie!



Jeśli chcesz wiedzieć kto stoi za słowami ze „wskazówek” do skarbu, jeśli chcesz poznać stosunek między słowami a emocjami – to koniecznie zajrzyj do książki pod tytułem „Napisz do mnie”. Poznasz zaplątaną historię i piękną tajemnicę dwojga ludzi. Emmi i Leo przypadkowo i przez pomyłkę nawiązują ze sobą kontakt e-mailowy… który jak się później okazało towarzyszył im przez wiele następnych miesięcy. O czym pisali i do czego ich te słowa zaprowadziły dowiesz się po niezwykle przyjemnej i przede wszystkim wciągającej lekturze składającej się jedynie z treści ich internetowych listów. Korespondencja ta nie pozwala się od niej oderwać i skłania z wielką mocą do zastanawiania się co będzie w następnym mailu. Ogromna dawka emocji i wiele pytań o ludzką naturę to coś co pozwala być tej książce czymś więcej niż tylko ... książką. 

„NAPISZ DO MNIE” - Daniel Glattauer, wydawnictwo Książnica.

Polecam!

PS.
Wątpię czy pierwszą część tego tekstu można uznać za recenzję… - to nawet na pewno nie jest recenzja. Ale one bywają sztywne i płaskie a ja staram się tego unikać. Więc są to po prostu moje odczucia po przeczytaniu określone stylem panującym w książce. Naprawdę polecam ;)





piątek, 13 marca 2015

"Pierwsze wyjście z mroku"





Wieczór, koniec dnia. Całodzienny awantura myśli mnie wyczerpała. Wszystko czego mogę chcieć to wyć jak pies. 
Ze strachem przed kanonadą nigdy niewypowiedzianych słów podążam do łazienki. 
Zimne światło wybuchło z całych sił. Ściągam tiszert, spodnie, skarpetki i gacie. Patrzę w lustro – to ja. 
Łapię za telefon. Nerwowo maram palcem po ekranie. Wiedziałem od początku. Dziś Coma, tak trzeba.  
Leszek Żukowski wydźwięcznia powolne intro. Ja stawiam bociani krok, a później następny. 
Układam się embrionalnie w moim akrylowym inkubatorze. Potrzebuję się ogrzać. Fizycznie. Mentalnie. 
Gorąca woda gwałtownie opada na mnie wprost ze słuchawki. Halo (?)  
Odzywa się tylko muzyka, rozbrzmiewa narastającym echem niepasująco chłodnej armatury.  
Chciałbym jej odpowiedzieć. Zapytać. Czy to jest to miejsce gdzie wielka wiara tłumi lęk?  
Wsłuchuję się, zmysły się wyostrzają. Zamykam oczy, przekrzywiam usta. Eureka!
Nagle zaczynam robić coś co nigdy mi się nie zdarza. Wydaje mi się, że… obawiam się, że…
Dłonie napinają się tańcząc w rytm muzyki, twarz składa się do śpiewu. Tak, zacząłem śpiewać. 
W tym nierealnym transie uprzytamniam sobie brzmienie swojego głosu. Mimo to nie przestaję. 
Śpiewam. Ja śpiewam prze-niebieski czas. Ulga. Uwolniony myślotok rozluźnia moje ciało i duszę.  
Podoba mi się to, już nie śpiewam – teraz krzyczę. Czuję jak coś ulatuje razem z parą wodną.  
Mija wiele minut. Wychodzę dopiero przy tysiącach jednakowych miast. Niech będzie chwała … a w mojej duszy spokój.