Gdy
tylko zamknąłem drzwi od klatki schodowej poczułem jak bardzo spadła
temperatura przez te kilka ostatnich godzin. Potrzebowałem świeżego zimowego
powietrza.
-
Marcin, po co ją wkurwiasz tymi gadkami o
ćpaniu? Robisz jej to na złość? – zapytałem na rozgrzewkę.
-
Nie na złość, po prostu się śmieję.
-
Ale widzisz że ją to wkurza. Tak jakbyś
robił to złośliwie, przecież jesteście ze sobą od niedawna. Po co tak od
początku działać sobie na nerwy?
-
Dobra, chodź bo zamarznę –
odpowiedział z pijanym zniecierpliwieniem.
Szczerze
mówiąc nie rozumiałem dlaczego opuszczamy ciepłe mieszkanie w trakcie imprezy i
wybieramy się w ten mróz na koniec miasta. Jednak miało to jeden plus – będę
mógł przetrzeźwieć – pomyślałem. Litrowa butelka Ballantinesa skończyła się na
tyle szybko że nawet nie zauważyliśmy, ale później alkohol zaczął ciążyć mi na
żołądku. Z czego ci Szkodzi robą tę wódę nie mam pojęcia … Ruszyliśmy z
Marcinem wzdłuż Dąbrowskiego, nie wiedziałem gdzie dokładnie idziemy.
-
Przyznałeś się jej, że miałeś przygody z
„białym” nie? – zapytałem, bo nie byłem pewien czy stać go na przyznanie się
do ćpania.
-
Tak. Zaakceptowała to ale powiedziała że
nigdy nie może mi się to zdarzyć więcej, bo ... bo nie wie co wtedy –
odpowiedział beztrosko jakby rzeczywiście nie wiedział.
-
No kurwa, co wtedy … No pewnie Cię
zostawi, to chyba proste? – niedowierzałem w to co słyszę w jego głosie.
-
Nie zostawi bo ja już nie biorę,
skończyłem z tym i koniec. Obiecałem to.
-
Skoro tak mówisz.
Wiele
razy słyszałem jak obiecywał więc nie chciałem drążyć tego tematu więcej bo nie
spodziewałem się większych efektów niż typowo noworoczne obietnice i
postanowienia. Było już sporo po północy, przeszliśmy przez skrzyżowanie na
czerwonym świetle, na ulicy nie było już samochodów ani ludzi.
-
Podobno mój brat tam chyba jest –
Marcin przerwał dłużącą się ciszę.
-
Po co tam w ogóle idziemy, co tam się
dzieje ciekawego? Bo szczerze mówiąc wolałbym zostać z dziewczynami.
-
Jakbyś sobie wciągnął kreskę to byś
zapieprzał tak że nie miałbyś czasu na marudzenie – rzucił z rozmarzonym i
lekko ironicznym uśmiechem.
-
A ten dalej o jednym. Już ci całkiem
siadło to „białe” na mózgu? Co chwila wracasz do tego tematu, choć starałem się
go uniknąć bo mówisz że już nie bierzesz i obiecałeś to Ance.
-
Tak, obiecałem. Nie siadło mi na głowę
tylko się śmieje, coś w tym strasznego?
-
No chłopie, drugi raz już to powtarzasz, jak
widać cały czas o tym myślisz i nie daje ci to spokoju…
- Postanowiłem, że nie będę tego brał ani
nigdy więcej nie załatwię tego gówna mojemu bratu bo widzę co się z nim dzieje
jak zaczął…
- Michał też zaczął brać? – przerwałem mu
zanim dokończył.
Gdzieś w
okolicy Beskidzkiej odnaleźliśmy stary opuszczony dom w którym impreza trwała w
najlepsze. Ciemne podwórko było oświetlone jedynie zanikającą pomarańczową
poświatą latarni i delikatnymi przebłyskami księżyca… prawie po omacku
weszliśmy przez bramę w stronę dźwięku muzyki i pijaństwa wydobywającego się ze
starej chałupy.
Weszliśmy
przez uchylone spróchniałe drewniane drzwi, było ciemno jak w dupie, w
korytarzu stał skuter o który się porządnie potknąłem. Śmierdziało wilgocią i
fajkami. Pokój w którym siedziało towarzystwo rozświetlało niebieskie szkło
telewizora przełączonego na walki bokserskie, na odrapanych ścianach wisiał
obrazek Matki Boskiej, a na kanapach siedziało ze dwadzieścia osób. Standardowa
melina i ćpalnia, nic zaskakującego – pomyślałem.
Z całej grupy
znałem kilka osób, między innymi brata Marcina, Michała, przysiedliśmy się i
zaczęliśmy pić browarka. Nie bardzo miałem na niego ochotę, ale już mi nie
zależało. Nie byłem zbyt aktywnym rozmówcą i zawiesiłem się z Żubrem w ręku
patrząc jak osiłki w telewizorze klepią sobie wzajemnie po mordach.
- Ty, zwiecha, idziemy na szluga? – Marcin
wyrwał mnie z letargu.
- Na szluga .. hmm… dobra! – miałem ochotę
wracać już do domu, postanowiłem wykorzystać tą sytuację i stąd czmychnąć.
- No to cho, idziemy do bankomatu przy okazji.
- Luzik, już idę.
Byłem już
mocno dziabnięty, zresztą wszyscy tam byli, choć większości nie znałem to było
to widać i słychać, męczyło mnie to … a i oni byli zmęczeni bo atmosfera była
na tyle senna że niektórzy przestali się odzywać, więc i ja przestałem
nadstawiać uszu. Na zewnątrz mróz ścinał
wszystko co wyłaniało się z ciemności nocy. Para z ust w połączeniu z dymem
papierosowym była prawie tak gęsta jak mgła która unosiła się nad Wisłokiem.
- Jest późno, idę wami do tego bankomatu i
wracam na chatę – powiedziałem z ulgą w głosie i nadzieją że nikt nie
będzie próbował mnie zatrzymać.
- Dobra, to Cię podprowadzimy do tego
bankomatu i będzie Ci raźniej, najwyżej poczekasz z nami bo jeszcze idziemy do
jednego kolesia.
Uff.
-
Ile tam wyciągnąłeś? – zapytał Marcin
wymamrotał do znajomego jego brata który
z nami szedł.
-
Sześć dych. Dziesiątka będzie na „zwijkę”
– odpowiedział dziwnie zmulony gościu, którego imienia nawet nie znałem.
- No to dawaj idę do
typa, zaraz wracam, a wy czekajcie tutaj za winklem.
W
tym momencie już wiedziałem co jest grane i po co to właściwie ta wyprawa na
imprezę. Marcin zniknął w mgle tak szybko że nawet nie zdążyłem się odezwać. Najwidoczniej
dilerskie znajomości są wszędzie, nawet na takim zadupiu. Stałem z tym gówniarzem
czekając do Marcina i prawie się nie odzywając zastanawiałem się co on znowu
wykombinował … Lodowate powietrze wchodziło przez nozdrza mocno i szybko niczym
narkotyk i zalewało falą zimna. Z parkingu na którym staliśmy widać było stare
duże blokowisko… w najbliższym bloku paliło się tylko jedno światło. Miasto już
dawno spało… ale jak widać nie całe. Gdy ja marzyłem o ciepłym łóżku inni
woleli marznąć w poszukiwaniu koksu. I to wcale nie tego do ogrzewania
mieszkania. To że byłem zmarznięty nie przeszkadzało mi w tym żeby w środku
mnie się gotowało. Miałem ochotę przywalić w ryj Marcinowi kiedy tylko wróci.
Chyba ci bokserzy z telewizji tak na mnie podziałali.
Na
Marcina najwyraźniej podziałało coś innego. Wrócił z wielkim bananowym
uśmiechem na twarzy i wielkimi oczami, które teraz błyszczały jak śnieg. Już
nie był pijany. Wyciągnął z kieszeni małe zawiniątko … biały proszek zapakowany
w kolorowy papier i podał kumplowi swojego brata. Widziałem jak cieknie mu
ślinka…
Czekałem
aż zauważy, że się na niego patrzę. Gdy tylko złapałem i przytrzymałem go
wzrokiem… pożegnałem się.
-
Pozdrów swoją dziewczynę i brata. Dobrej
imprezy!
- Ale ja przecież
wcale nie… ja już nie... Ej Mikołaj to nie tak… ja tylko… przecież obiecałem.
Nie
odpowiedziałem i ruszyłem w swoją stronę. A mogliśmy siedzieć w ciepłym domu, z
dziewczynami…