poniedziałek, 22 maja 2017

IMPOSSIBLE IS NOTHING

            Za oknem chmury. Widać, że wieje mocny wiatr… jest szaro i ponuro. Pogoda nie zachęca do niczego. Najlepiej byłoby schować się z powrotem pod kołdrę. Ale nie dzisiaj. Dziś jest ważny dzień. Dzień, który ma dać odpowiedzi na nurtujące pytania, dzień w którym dowiem się wiele o sobie. Zweryfikuje zdanie o własnej osobie, bądź utwierdzę się w niektórych wnioskach. Cokolwiek by się stało, będę mógł poukładać na właściwie miejsce następne puzzle własnej niepewnej i zachwianej osobowości.

            To nieco przytłaczające. Nikt nie chce dowiedzieć się o sobie złych rzeczy… najczęściej od tego uciekamy, boimy się tych złych stron, ukrywamy je. Ale przychodzi czas gdy trzeba dowiedzieć się prawdy. Prawdy o samym sobie.

            Mętlik w głowie, wiele pytań, dużo wątpliwości i jeszcze więcej wizualizacji wszystkich możliwych scenariuszy. Stoję oko w oko z tym co za chwilę mnie czeka. Najbliższa godzina będzie się jeszcze bardzo dłużyć. Od rana głowa wysyła do mojego ciała sygnały, żeby się wycofać, że to nie ma sensu, że to się nie uda. Umysł sugeruje, że to co sobie wymyśliłem nie ma prawa się powieść i będę narażony na upokorzenie przed samym sobą. Obiecałem sobie już dawno temu że osiągnę wyznaczony cel. Postawiłem sam przed sobą wyzwanie podnosząc poprzeczkę. Od początku to była tylko i wyłącznie moja poprzeczka. Ale teraz boję się właśnie tego, że ją strącę, ona spadnie i wbije mi się w dupę. I będzie dupa, porażka. Porażka przed samym sobą, przed własną ambicją.

            Czas mija, zbliża się start. Powoli kończę rozgrzewkę … wymieniam ostatnie słowa z najbliższymi, staram się nie pokazywać niepewności, choć siedzi we mnie głęboko. Jednak, wiem, że jest ktoś kto mi kibicuje, że ktoś trzyma kciuki. W środku swojej duszy mam wielką nadzieję, że rzeczywiście trzymają kciuki… tak bardzo mi na tym zależy i tak bardzo mi to pomaga…. Żegnam się ze wszystkimi i ruszam na start mocnym krokiem.

            Wokół mnie ponad sto osób. Widzę ich, słyszę, czuję… ale w ogóle się na nich nie skupiam. Adrenalina już krąży i pobudza moje ciało i umysł. Sam się dziwię sobie, ale jestem bardzo skoncentrowany i nic mnie nie rozprasza. Mimo otaczającego hałasu i chaosu mam przed oczami to co muszę zrobić. Nie czuję zimnego wiatru i nie widzę zapowiadających deszcz ciemnych chmur. Widzę cel, odległy o dziesięć kilometrów.

            Trzy, dwa, jeden, START! Ruszamy. Mocno, z kopytem które narzucają ci którzy stali na pierwszym froncie. Tłum falangą naciera do przodu i niesie go energia wystrzelona w raz z pistoletem startowym. Udzieliła się wszystkim, mi też. Ale z tyłu głowy jest plan, który wcześniej założyłem. Tempo 5:30 minuty na kilometr. Muszę to zrobić mądrze. Po chwili daje wyprzedzić się całej stawce i teraz ustawiłem w bezpiecznej pozycji pomiędzy ostatnimi pięcioma zawodnikami. Nie oglądam się za siebie, ale korci by spojrzeć do tyłu. Być może nawet jestem teraz ostatni. I bardzo dobrze, niech uciekają. Ja mam do zrobienia swoją robotę.

            Po pierwszym już widzę kogo mogę się trzymać by utrzymać równe tempo. Wyprzedzam kilkoro zawodników i podczepiam się pod parę którą obserwowałem wcześniej z tyłu. Długa, bardzo długa prosta - biegniemy we trójkę, najpierw wszyscy równo w jednej linii, a następnie co chwila ktoś próbuje wychodzić na prowadzenie. Po kilku takich zmianach, postanawiam przyśpieszyć. Kilka ataków po wewnętrznej wystarczyło. Teraz już szutrowy odcinek trasy, po polnej dróżce, kamykach i pagórkach. Wzdłuż uroczej rzeczki.
             Widzę, że przede mną kilka osób osłabło, nagle zaczęli powłóczyć nogami. To dopiero trzeci kilometr, a część ludzi powoli rezygnuje. Wyprzedzam ich pomiędzy głębokimi błotnistymi kałużami. Mam nadzieję, że dobiegną szczęśliwie do mety. Czuje się dobrze. Siła w nogach pozwala mi nie myśleć o wysiłku. Postanowiłem, że będę spoglądał na zegarek tylko raz po każdym pokonanym kilometrze. Czwarty kilometr i tempo idealne, dokładnie takie jak chciałem. Grupa się bardzo rozproszyła, na horyzoncie widzę już tylko jedną osobę. Chcę do niej dołączyć, wydaje się trzymać dobre tempo. Powoli się do niej zbliżam. Pokonujemy razem kilka pagórków i zbiegów, aż do punktu nawodnienia. Chwytam kubeczek i niezdarnie trafiam do ust, dużą część wylewając nie tam gdzie trzeba. Za chwilę połowa dystansu, psychicznie jest to znakomita wiadomość. Moja głowa cieszy się na samą myśl, to już połowa, jeszcze tylko drugie tyle i będzie po sprawie. Obracam się za siebie i nie widzę nikogo. Dziewczyna która wydawała się mocniejsza ode mnie zwolniła i została w tyle. Dostałem pozytywnego kopniaka i pędzę do wyznaczonego punktu z napisem „5 km”. Spojrzenie na zegarek. Dwadzieścia sześć minut i pięćdziesiąt sekund! Już wiem, że będzie dobrze. Jeśli nie wydarzy się nieszczęście to powinienem dobiec w około 55 minut. Wszystko idzie jak po maśle. Doskonale. Napawam oczy pięknymi widokami spokojnie wijącej zakrętasy rzeczki.

            Teraz podbiegi. Pamiętam je z poprzedniego roku. Chcę mieć je jak najszybciej z głowy… pokonuję jedną górkę jednostajnym tempem. Zaczynam czuć obciążenie w mięśniach. Znów wbiegam na asfaltową drogę, jeszcze kilka zakrętów i będę musiał zmierzyć się z najgorszym fragmentem. Wybiegam na otwartą przestrzeń, teraz widzę wszystkich którzy są przede mną i już wbiegają pod stromą górę na którą ja wolę nie patrzeć. Z naprzeciwka nadbiegają ci biegacze którzy zaczęli już drugą mniejszą pętlę trasy. Widzę twarze czołówki i biegnę podziwiam ich tempo, podczas gdy ja zaczynam mieć kolkę. Na domiar złego rozwiązuje mi się sznurówka. Szybka poprawką i wspinam się na szczyt. Trawiasta góra na której znajdowała się miejsce nawrotu na drugą pętlę z każdym krokiem męczą mnie coraz bardziej. Moje kroki skracają się i mam wrażenie, że dreptam w miejscu. Zegarek to potwierdza, szósty kilometr był zdecydowanie wolniejszy. Bieg zamieniam w marsz, staram się żeby był na tyle żwawy by stracić jak najmniej. Ale zaczyna się walka z samym sobą. Nogi kompletnie nie chcą współpracować, czuję jak męczą się dwugłowe i czworogłowe. Mimo to staram się podnosić je jak najwyżej. Mozolnie wdrapuje się i jestem na szczycie. Głowa podpowiada mięśniom, że to już koniec, żeby dać sobie spokój i usiąść na tyłku w tej pięknej zielonej trawie. Odganiam tą myśl i stawiam przed oczami obraz upragnionej mety. Dobiegam do kilometra numer 7. Znów wolniej niż miało być… ale zegarek pokazuje 38:23, więc suma summarum jest dobrze. Po każdym podbiegu następuje zbieg. Hurra! Odzyskuje energię i ruszam do przodu kręcąc nogami jeszcze szybciej i wykorzystując najlepszy fragment trasy. Wbiegam na drugą pętlę. Zamieniam kilka słów z facetem, którego wyprzedzam i zostawiam w tyle.

            Dzięki temu zbliżam się do kolejnej grupy zawodników. Nie przyśpieszam już bardziej, nie mam zamiaru przeszarżować w takim momencie. Chcę mieć zapas na finisz. Czuje się wspaniale i zapominam o wcześniejszym kryzysie. Dodatkowo pomaga mi widok kolejnych biegaczy, których sprytnie mijam po kolei. Jak dobrze było na początku zostać z tyłu by teraz czerpać taką satysfakcję. Gdybym to ja był wyprzedzany poczułbym się fatalnie… a tak moja psychika była podbudowana i zmotywowana do ostatecznego wysiłku. Minąłem 8 kilometrów, zostało jeszcze 2. Na kolejnej długiej prostej wyprzedzam kolejną osobę wymieniając parę uśmiechów i uprzejmości. To piękne jak wysiłek sprawia ludziom przyjemność. Ponownie docieram do punktu nawodnienia i znów biorę małego łyka wody i lecę dalej.

            Nie mam nikogo w zasięgu wzroku, grupa rozerwała się na dobre, jednak wiedziałem, że na pewno spotkam jeszcze kogoś na tym bezdusznym podbiegu. Niestety trzeba będzie go pokonać po raz drugi. W myślach przeklinam projektanta trasy, ale teraz już się nie boję, wiem, że do końca zostało mi około 10 minut. Pierwszy łagodniejszy podbieg pokonuje bez problemów i mijam dziewiąty kilometr. Świadomość, że to końcówka jest teraz wypełnia całą przestrzeń moich myśli. Nakręcam się i powtarzam do siebie, że jeszcze tylko kilometr i wszystko się skończy. W głębi duszy mam już dość, zaczynają boleć mnie mięśnie ramion i przykręgosłupowe, uda pieką już bardzo poważnie. Organizm daje znać, że daje z siebie wszystko i jest wyczerpany. Ja też … ale zagłuszam te myśli, po raz kolejny powtarzam sobie, że za chwilę zobaczę metę i pocałuję medal ze szczęścia. Przyśpieszam i dobiegam do tych którzy już się wspinają pod górę. Przeskakuję rów, biegnę przed siebie. Idzie mi lepiej niż na pierwszym okrążeniu, prę mocno do końca próbując utrzymać bieg. Ostatnie metry pokonuje jednak marszem. Teraz tylko dwieście metrów do mety.

            Z daleka widzę moich wiernych kibiców czekających na mnie z aparatem by uchwycić sprinterski finisz. Okropnie się cieszę, że ich widzę, przez chwilę zapominam, że w ogóle biegnę, odpływam na kilka sekund w jakąś nieświadomość. Ich okrzyki przywracają mnie do normalności. Nie wiem co krzyczeli, ale przyśpieszam na maksimum, daję z siebie wszystko i lecę na najwyższych obrotach. Sto metrów do mety. Głosy publiczności spikera uderzają mi do uszu. Słyszę swój numer startowy i nazwisko. Przekraczam metę!

54:58 !!! Poniżej godziny. Poniżej 55 minut! Nie wierzę… Nie wierzę, że się udało. W środku czuję wielką ulgę i ogromną radość. Odbieram medal. Nawet na niego nie patrzę.

Zatrzymuje się i jestem zdezorientowany. Miesza się we mnie całkowita euforia z niedowierzaniem, poczuciem nierealności tego co się właśnie wydarzyło. Byłem jakby zawieszony w próżni i nie wiedziałem czy to prawda. Czy to prawda, ze właśnie osiągnąłem swój wielki cel i w końcu spełniłem marzenie?

Piję wodę. Patrzę rozbieganym wzrokiem w stronę mety, przybiega moja kibicowska ekipa. Siadam na chodniku i ubieram kurtkę. Biorę głęboki oddech. Muszę wrócić do siebie… psychicznie. Nie mogę pomieścić w sobie tylu emocji. Jest intensywnie pięknie, fizycznie zmęczenie odeszło w cień. Dociera do mnie mój mały, upragniony sukces. Dopiero teraz widzę, że medal jest przepiękny.

Po kilkunastu minutach wracam do rzeczywistości. Ciało i dusza wracają w jedno miejsce i teraz w pełni doświadczają tego zwycięstwa nad samym sobą. Te 55 minut dało mi odpowiedzi na pytania które sobie zadawałem. Pytania o to czy jestem wystarczająco silny, zawzięty w sobie, czy potrafię przełamać granice i bariery, przezwyciężyć słabości i niedoskonałości. Pytania o sens tego co się w życiu robi, o możliwość osiągania sukcesów, o  realność jeszcze nie spełnionych marzeń.

Dla mnie ta granica godziny była magiczna, była czymś niemożliwym do przekroczenia. Komuś może się to wydawać śmieszne… bo dla większości biegaczy mój wynik to „śmiech na sali”. Ale to moja granica, moja poprzeczka, nikomu nic do tego… ja sam, osobiście własnymi nogami ją pokonałem. Teraz wiem, że niemożliwe nie istnieje, przekonałem się na własnej skórze. I jestem z tego dumny, jestem dumny z siebie i czuję, że to mój mały-wielki sukces. Wygrałem sam ze sobą, z nikim innym. Ci którzy byli przede mną i ci którzy byli za mną tak na prawdę nie mieli żadnego znaczenia. Mimo że byłem na 70 miejscu czuję się zwycięzcą dla samego siebie.

Sukces jednak nie smakowałby tak dobrze, gdybym nie mógł go podzielić z innymi. Z tymi którzy trzymali mocno kciuki, wspierali duchowo i powtarzali, że jestem „ich mistrzem”. Dziękuję Wam!

Było warto poświęcić kilka miesięcy by być w tym momencie. Było warto mimo potu na treningach i ognistego bólu mięśni tuż za metą. Było warto dla siebie i dla innych. 

Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzoooo się cieszę!





4 komentarze:

  1. Ty to potrafisz utrzymać czytelnika w napięciu!
    Jeszcze raz Ci gratuluję! I cieszę się, że Ty sam z siebie również jesteś dumny, bo o to właśnie chodzi w sporcie.
    Trzymam kciuki za kolejne Twoje sukcesy! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje :)) Świetny tekst :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że też powinieneś do tego wrócić ;) dzięki za odwiedziny :]

    OdpowiedzUsuń
  4. Ponawiam swoje wcześniejsze słowa, proszę wrócić do pisania ;)

    OdpowiedzUsuń