Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2017

Obudź się

            Nic nie widzę, nie ma niczego. Jak gdyby pochłonęła mnie całkowita ciemność. Moje myśli są ciężkie i nie wiem, czy ta ciemność to obraz moich zamkniętych powiek czy też może oczy mam otwarte ale nie widzę obrazu. Nie czuję oczu, właściwie to nie czuję niczego, nie wiem gdzie jestem i co się dzieje. Próbuję się poruszyć, ale jakbym nie miał czym poruszać, jakby moje ciało zostało zatopione w czarnej jak smoła formalinie. Jakby kleista maź pokryła mnie całego zatapiając na zawsze w asfaltową rzeźbę. Nie, nie, nie… to nie możliwe. Muszę otworzyć oczy, muszę się obudzić! Może to sen? Może jestem w śpiączce i właśnie słyszę swoje myśli?  Ale moment, chwila, słyszę coś jeszcze …

            Głos który jeszcze przed chwilą był donośną ciszą nagle nabrał szepczącego dźwięku. „Nie możesz się obudzić, nie możesz …” wyłania się z przestrzeni która wisi gdzieś nade mną. Nie mogę tego zlokalizować, ale czuje to którymś ze zmysłów, jakby wracało krążenie w tej nieruchomej rzeźbie. Prawie niezauważalne uczucie mrowienia w całym ciele. Dłonie, stopy, wzrok, węch, smak … Jest jakby jaśniej. Uderza mnie promień mocnego światła, jak piorun.

            Elektryczny impuls przeszedł przez mój mózg. Teraz już wiem, teraz już się obudziłem. Czerń przed moimi oczami zastąpił ciemny ale bardzo ciepły odcień brązu. Przypominam sobie wszystko. Prawie wszystko. A może tylko mały fragment (?). Porwali nas, to wiem na pewno. Ale po co? Dlaczego mieli porwać mnie i Ewelinę?

            „Nie możesz się obudzić, nie możesz się obudzić”.

            Wydaje mi się, że jestem w pozycji leżącej. Jestem skrępowany, czuje ucisk na przegubach dłoni i kostkach u stóp. Przywiązany? Przypięty kajdankami? Nawet gdybym chciał nie mogę tego sprawdzić. Mimo odczuwania impulsów moje ciało nie może się ruszyć. Nie chce się ruszyć. Myślę o tym, że nie mogę się obudzić. Skoro śpię nie mogę się ruszyć. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę się ruszyć … Powtarzam sobie to w myślach wielokrotnie.

„ Nie możesz się obudzić. Inaczej ona zginie. Ona zginie”.

Wspomnienia powoli wracają. Przed oczami, jakby z mojej podświadomości pojawia się obraz gdy kładą ją na ziemi, związaną i zakneblowaną z przepaską na oczach przyduszają do podłogi. Trzech wielkich i łysych osiłków ubranych całych na czarno zapędziło nas do mrocznej piwnicy w której paliły się pochodnie na tyle światła, że widziałem jak się nad nią znęcają. Tak… jeden z nich trzymał nóż przy moim gardle a pozostała dwójka biła i kopała moją dziewczynę. Patrzyłem na to, nie mogłem nic zrobić… Kolor brudnych  ścian i ciemnego drewna podłogi, zapach stęchłej wilgoci, płomień ciepłych pochodni … wszystko to zlało się w jedną masę. Najpierw ciemny brąz, a później już tylko czerń. Coraz głębsza czerń.  

Już wtedy czułem się jak rzeźba ze skamieniałej smoły, już wtedy czułem ten przerażający paraliż. Czułem ten ciężki i czarny strach który oblepił mój umysł i moje ciało.

„Ani mi się waż otworzyć oczu. Nie możesz się obudzić…!”

Głos który unosi się i szepcze nad moją głową wcale mnie nie pociesza. Nie mam pojęcia do kogo należy. Kim są ci ludzie i czego od nas chcą. Próbuję, za wszelką cenę próbuję sobie przypomnieć o co chodzi. Próbuję coś wymyślić. Próbuję, ale kurwa nie mogę. Przecież nie mogę się obudzić, nie mogę nic zrobić. Nawet oczu kurwa otworzyć nie mogę. Kurwa, kurwa, kurwa!!!

Uspokój się. Oddychaj… albo nie! Nie oddychaj, nie ruszaj się! Jezu gadam ze sobą, ale z kim mam gadać? Panikuję. Czuję uderzenia gorąca choć w środku jakbym telepał się z zimna. Jeżeli on to widzi? Jeżeli telepię się nie tylko w środku? Nieee… gdyby widział coś by zrobił. Matko boska, przecież powiedział, że ją zabije, jak tylko się obudzę to on ją zabije! Nie ruszę się, ani drgnę, nie ma mowy. Ani o milimetr. On nie może jej zabić. Nie może. Nie zrobił tego, więc ona żyje … ona żyje. Ona na pewno żyje, bo jakby nie żyła mógłbym się obudzić. Przecież to logiczne. Muszę tylko się nie obudzić i wszystko będzie w porządku. Musi być w porządku.
„Jeśli otworzysz oczy…”.

Ja pierdole, co jeśli otworzę oczy? Co on chce zrobić Ewelinie? Dlaczego chce ją zabić? Może to jest jakiś nieśmieszny makabryczny żart? Może zaraz wyskoczy ktoś z okrzykiem „It’s just a prank bro!”? Nie mogę … nie wytrzymam. Co ja im zawiniłem do kurwy nędzy?!

Chce mi się płakać. To nie może być prawda, to się nie dzieję, naprawdę. To jest po prostu nie możliwe. Nie ma takiej możliwości. Nie ma żadnej piwnicy, żadnych opryszków-porywaczy, żadnego głosu.

Jak mam się nie obudzić skoro nie śpię? Może wcale nie spałem. A może to właśnie sen. Sen w którym śpię i śnię. Tak to jest myśl. To jest nadzieja! Przecież to oczywiste! Muszę się obudzić. Na pewno obudzę się w naszym łóżku w czystej pościeli a obok mnie będzie leżała ona wtulając we mnie swój tyłeczek. Tak bardzo chcę to zobaczyć. Tak bardzo chcę JĄ zobaczyć! Oczy aż proszą, błagają bym je otworzył.


Otworzyłem… 

niedziela, 26 lipca 2015

Ktoś tak zdecydował

Słońce jest jeszcze bardzo wysoko, unosi się w popołudniowej pozycji nad rozległą dolinąMuszę się na nie patrzeć, zresztą nie ma tu nic innego na czym mógłbym zawiesić moje spragnione patrzenia oko. Wokół tylko rzędy kosmatych i butelkowych drzew. Więc patrzę. Jest niezwykle jasne i jego blask emanuje intensywnością. Promienie nie są gorące, nie są nawet ciepłe, lecz mimo to mają taką moc, że mam wrażenie, że mnie dotykają. Nie czuję ich jakby były to muśnięcia, o nie. Każdy z nich dotyka mnie jakby naciskając swoim ciężarem i mówi, że powinienem się przesunąć, że powinienem ustąpić im miejsca.

Wpatruje się w nie i orientuję się, że coś się zaraz wydarzy. Orientuje się, jak to? Przecież nie mogę się tu w niczym orientować. Przecież nie wiem, gdzie jestem, to miejsce jest mi zupełnie obce. Nie widzę nawet żadnego punktu, który mógłbym uważać za orientacyjny. Lecz coś mi mówi, że wiem o tym miejscu wszystko albo nawet i więcej. Jeszcze nie wiem czym to jest i próbuję sobie przypomnieć czy już tutaj kiedyś byłem. Może to miejsce ma jakąś nazwę… Nie byłem dobry z geografii, lecz nazwałbym to miejsce Doliną Słońca. Tak, ‘’Dolina Słońca’’ – to może być ‘’Dolina Słońca’’. Nie, to musi być Dolina Słońca!

 Czyli może jednak znam to miejsce. Znam je i wiedza o tym miejscu wcale mnie nie uspokaja. Ktoś mnie tu umieścił z pełną premedytacją pozostawiając sam na sam ze słońcem. Drzewa które rysują się w oddali nie rzucają żadnego cienia, jakby ich obecność była tylko iluzoryczna a cała przestrzeń wypełnia się tylko i wyłącznie słońcem. Przenoszę spojrzenie z drzew z powrotem na górę, w stronę…. W stronę gdzie jeszcze przed chwilą błyszczała świetlista KULA.

Próbuję dostrzec co zasłania przeznaczenie i cel mojej wizyty w tym miejscu, które przed chwilą tak wdzięcznie nazwałem. Zrobiło się zdecydowanie ciemniej. Kolory zrobiły się bardziej intensywne a kontrast zaczął mnie oślepiać. Nie widzę nic poza pomarańczowo-czarną breją, która nie przybiera żadnego kształtu. Jest obślizgła i tłusta, lepi się do moich oczu i naciska na powieki żądając ode mnie bym je zamknął. Nie poddaje się temu, co by się nie działo muszę to zobaczyć. Wiem, że jestem tu po to by to zobaczyć, ktoś mnie tu umieścił bym to zobaczył. Nie mogę tego nie zobaczyć – otwieram oczy.

Ostrość widzenia powoli wraca. Przekrwione oczy otwierają się coraz szerzej i uwalniają źrenice. Moje gałki oczne są zmęczone, walczyły zażarcie by zaczerpnąć choć trochę tego pięknego jasnego słońca które otaczało całą dolinę. Tego słońca, które jeszcze przed momentem próbowało mnie stąd wygonić. Dać do zrozumienia, że nie powinienem tu być, choć ktoś zdecydował za mnie całkiem inaczej. Oni zdecydowali, że muszę zobaczyć właśnie to.

Zdecydowaną część słońca przesłania czarna rozmyta plama, która zionie chłodnym powietrzem nocy. Plama ma kształt głowy, sprawia wrażenie jakby miała oczy, nos, usta i uszy. Teraz widzę to wyraźniej, z głębi wyłaniają się kształty i kolory jednej z konstelacji gwiezdnej. Ta czarna kula jest o połowę mniejsza od słońca a w jej wnętrzu kłębią się gwiazdy i księżyce. Wszystko wokół miesza się w kolorach pomarańczy i brązu. Promienie słoneczne zamieniły się w brudną maziaję która w nieładzie zaczęła rozlewać się po horyzoncie. Gwiezdna otchłań nagle wylała z siebie szare strugi czegoś co przypomina mi pajęczynę. Jej nici wypełzają coraz gęściej formując jakiś kształt, którego na początku nie mogłem rozpoznać.

Wszystko zaczęło rysować się jeszcze wyraźniej i teraz jest ostre do bólu. Z czarnej głowy wyrosły potężne ramiona, które obleczone są szarym kaftanem. Przytłaczające barki kończą się absurdalnie długimi rękawami, które są jakby puste i bezwolnie powiewają na wietrze, którego w ogóle nie odczuwam. Czasoprzestrzeń i wszystkie jej oznaki stanęły w miejscu, zamarły. Jestem tylko ja i to co powinienem zobaczyć. Lecz mimo to na górze wieje wiatr… i powiewa szmacianym kontuszem pozwalając rozpełznąć mu się niemal na całym niebie. Materiał stworzył coś w rodzaju rynny, jakiegoś tunelu, który wydawał się być pusty… nie było widać rąk, dłoni ani tułowia. Nie wiem ile to już trwa, i czy w ogóle czas biegnie. Bezosobowa materia rozchyliła się teraz pokazując w całej swej ognistej krasie. Wnętrze wypełniło się w sekundzie, nagle wszystko wylało wściekłym Pomarańczem drogi mlecznej.

Z workowatego tunelu wysypały się tysiące gwiazd, które zdawały się układać według jakiegoś wzoru określonego przez szalone płomienie światła. Uderzyło mnie agresywne gorąco i zmieszało się z chłodem czarnej dziury paraliżując moje ciało. Jestem obezwładniony, pozbawiony możliwości ucieczki. Ale przecież nie mógłbym uciec, ktoś zdecydował że nie mogę uciec. Teraz na pewno nie ucieknę. Bujne czupryny zielonych drzew sczerniały. Unosi się nad nimi gęsty czarny smog spalenizny. Kłęby dymu łączą się z rozżarzonym światłem rozlanej nade mną galaktyki tworząc dwa ogromne księżyce.

Dym gryzie w oczy nie do zniesienia. Przymykam je i znów widzę lśnienie Doliny Słońca.

  

 "DOLINA SŁOŃCA"


żartowałem - dolina słońca wygląda zupełnie inaczej!

niedziela, 31 maja 2015

To miała być przygoda... cz.3

Kontynuacja opowiadania o zimowej wyprawie, która to ponoć miała być przygodą. 
Tutaj możecie znaleźć >pierwszy< i >drugi< odcinek decydując czy chcecie czytać trzeci ;)
*********************************************************************************************************************************************

Pamiętam doskonale – była godzina 16:35 kiedy wybierałem numer do Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Nie było to łatwe zadanie - moje palce były w stanie kompletnego odrętwienia. Skorzystałem z numeru 985 - zostałem połączony z dyżurką pogotowia w Sanoku. Starałem się mówić spokojnie i konkretnie określając nasze położenie. Chciałem żeby od razu wiedzieli gdzie jesteśmy, żeby to trwało jak najkrócej. Głos ratownika mnie uspokoił, był jednak pewien problem. Nie potrafiłem podać swojego numeru telefonu … od kilku dni miałem nowy. Próbowałem znaleźć we własnym telefonie, ale go nie było, ONA telefon miała już wyładowany. Jedynym rozwiązaniem okazało się zadzwonienie na drugi numer GOPR-u który mógł wykryć skąd przyszło zawiadomienie. Wybrałem na klawiaturze 601 100 300 i po chwili odezwał się ten sam ratownik. Automatycznie miał mój numer… Powiedział, że „chłopaki” z Ustrzyk Górnych zostali już powiadomieni i za chwilę zaczną organizować wyprawę po nas. Na koniec kazał mi schować telefon pod kurtkę by jak najbardziej dbać o stan baterii – na szczęście była pełna w 70%. Mieliśmy pozostawać w kontakcie telefonicznym.

Czułem ogromną ulgę, strasznie nie chciałem tam dzwonić, ale czułem dziwną ulgę. Miałem świadomość, że podjąłem słuszną decyzję, która pozwoli wydostać nam się z tej opresji. Z drugiej strony wiedziałem, że ja dałbym radę dojść do końca, że przetrwałbym te kilka kilometrów. Tylko, że tu nie chodziło o mnie. Zrobiłem to dla NIEJ, to ONA była tu najważniejsza. Gdybym uniósł się dumą kosztem jej zdrowia … lub życia później nigdy bym sobie nie wybaczył. Ten telefon był słuszną decyzją – wiedzieliśmy, że ktoś wie gdzie jesteśmy, że trzeba nam pomóc, że za chwilę tu będą. To była pozytywna myśl, wreszcie dająca prawdziwą nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Nigdy nie podejrzewałem, że będę musiał dzwonić na GOPR… ale przezwyciężyłem wstyd przed własną głupotą i postanowiłem nas uratować.

- Za ile będą? Co powiedział? Już jadą, a może lecą? – zbombardowała mnie ożywionym głosem.
- Spokojnie. Powiedział mi, że już powiadomił swoich kolegów z Górnych i mają zacząć organizować transport, ale nie wiadomo ile to zajmie.
- Niech się śpieszą, niech się śpieszą.
- Na pewno zrobią to jak najszybciej tylko będą mogli.

Staliśmy w idealnym miejscu na schronienie i przeczekanie aż dotrą do nas ratownicy. Doszliśmy do granicy lasu w okolicach Krzemienia i tam mogliśmy się schować przed mroźnym wiatrem. Ten rzadki las składał się tak naprawdę z jakichś krzaków i paru małych drzewek, jednak znajdował się w małym zagłębieniu, które bezpiecznie otulało nas z dwóch stron. Jedynym minusem było strome i krzywe położenie ścieżki. Bardzo chciałem się do NIEJ przytulić… żeby poczuć jej bliskość i żeby podwoić nasze ciepło. Stanęliśmy jedno przy drugim tak blisko jak tylko się dało i objęliśmy się bardzo mocno. Przygarnąłem ją do siebie tak by między nami nie było żadnej szczeliny, by ciepło nie miało którędy uciekać. Poza tym czułem się wtedy dużo bezpieczniej i stabilniej.

Godzina 17 – słońce już dawno zaszło, choć na początku tego nie zauważyliśmy. Okolica była ciemna, granatowe niebo przeistoczyło się w czarną przestrzeń, która zdawała się wisieć zaraz nad naszymi głowami. Nie było żadnych gwiazd. Tylko my, czarno-czarne niebo i kołyszące się od wiatru krzewy. Na szczęście pochłaniały całą energię wiatru i dawały nam przez to odpocząć od walki z nim. Teraz musieliśmy tylko walczyć z czasem i z samymi sobą. Choć przez telefon powiedziałem ratownikowi jak się czujemy to wiedziałem, że z każdą minutą nasz stan będzie się pogarszał, będzie coraz gorzej i zimniej. ONA też to wiedziała. Nie dawała za wygraną i ciągle snuła teorie na temat nadchodzącej pomocy. Zadawała pytania na które nie znałem odpowiedzi lecz odpowiadałem. Choć czułem niepokój, odpowiadałem spokojnie i z opanowaniem – chciałem żeby czuła, że wszystko jest pod kontrolą, że wszystko będzie dobrze. Czas mijał bardzo wolno… wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, jak na złość. Wymusiła na mnie żebym zadzwonił jeszcze raz i zapytał co się dzieje.



            Dwa patrole wyruszyły z Mucznego na Bukowe Berdo skuterami. Już nas szukali… trzeba było tyko czekać. Dyżurny obiecał, że wszystko idzie sprawnie i być może za godzinę dotrą na miejsce. Oczywiście nie powiedziałem JEJ ile będziemy musieli czekać. To by ją załamało, nie mogłem na to pozwolić. Poprosiła mnie abym wyjął latarkę i zaczął świecić dając wskazówkę ratownikom. Znowu poczułem jak bardzo nie domagają moje dłonie, ledwo poruszałem palcami wyciągając z plecaka czołówkę. Nie wiele lepiej było z palcami u nóg… But który nabrał wody podczas przeprawiania się przez strumyk wydawał się zamarznięty, rozwiązane sznurówki tak samo. Nie nadawały się już do zawiązania i przez wszystkie szpary do moich stóp docierały mroźne impulsy. Wszystkie kończyny zaczęły boleć, pojedynczymi długimi ukłuciami, jakby ktoś wbijał igły w stopy i dłonie mojej lalki voodoo. Mimo to chciałem przejąć ból mojej ukochanej, która zaczynała płakać z bólu … i rozpaczy.

                - Nie czuję, nic nie czuję! Nie mogę ruszać palcami!
                - Spróbuj, musisz się postarać. Nie możesz pozwolić im zamarznąć.
                - Ale kiedy się nie da… co się dzieje? Tak jakbym nie miała stóp!
- Maleńka, ruszaj cały czas, ruszaj. Zrób to dla mnie, na pewno jeszcze ich nie odmroziłaś, tylko ruszaj, proszę cię.

Staliśmy tak już długi czas co chwila przychylając się w jedną bądź drugą stronę niemal tracąc równowagę. Trzymałem cały nas wspólny ciężar na tej krzywej ścieżce. Straciliśmy zupełnie poczucie czasu… jedyne co zauważaliśmy to kolejne dziwne dźwięki unoszące się w przestrzeni. Wiatr hulał z wielką mocą i byłem wdzięczny… Bogu (?), że nie stoimy na odsłoniętym grzbiecie. Rozmawialiśmy, cały czas rozmawialiśmy dbając by trzymać się jak najcieplej i ruszać palcami u nóg i rąk. Postanowiłem jeszcze raz zadzwonić do dyżurki by poinformować ich, że nas stan się pogarsza i źle znosimy temperaturę. Kiedy kolejny raz dostaliśmy zapewnienie, że ratownicy już zmierzają w naszą stronę i musimy uzbroić się w cierpliwość puściły wszystkie bariery. To był krytyczny moment… ONA rozpłakała się na dobre i był to płacz przerażonej dziewczyny, która próbowała ukoić go w moich ramionach. Płacz mojej dziewczyny, który uświadomił mi jak bardzo jest źle. Tak, źle, że zacząłem myśleć o najgorszym, zacząłem martwić się o nasze życie. Stanąłem wspólnie z jedną jedyną osobą którą kocham w obliczu – bałem się tego powiedzieć i pomyśleć – śmierci.

Zacząłem płakać razem z nią kiedy wykrzyczała, że nie chce tu umierać. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś usłyszę takie słowa, ale były one adekwatne do bólu. Bólu który przeszył moje serce i wypłynął na wierzch razem ze łzami. Przycisnąłem ją do siebie całą mocą jaką miałem, chciałem się w niej schować przepraszając za to co się właśnie dzieje. Jedna ręką trzymała zaświeconą i skierowaną w górę latarkę a druga dociskała JĄ do siebie mocniej i mocniej. Przylegaliśmy do siebie idealnie tworząc jedną skuloną z zimna postać. Ja też nie chciałem tu umierać. Przez głowę przeleciało mi w jednej chwili mnóstwo myśli… przed oczami pojawiły się sceny z całego życia. Telepaliśmy się wspólnie z niewiarygodnego poczucia zimna, które cały czas przyprawiało o ból… zęby szczękały przeszkadzając mówić. Nasze policzki stykały się dzięki czemu czuliśmy każde wypowiadane słowo niemal w fizyczny sposób. Ogarnęła mnie wielka potrzeba wypowiedzenia wszystkich słów, które zalegały na dnie mojego serca i głowy. Nie miałem żadnej blokady… Moje „przemówienie” było pełnie szczerych wyznań i poważnych postanowień. Powiedziałem, że nie zamierzam tu zginąć ale będę kochał JĄ aż do śmierci… opowiedziałem też, jak widzę naszą przyszłość i nasze wspólne plany gdy już przeżyjemy tą beznadziejną przygodę i wrócimy do domu. Co chwila wzruszając się puszczałem kolejne porcje łez. To były łzy miłości, smutku i poczucia winy. ONA słuchała i uspokajała się kojąc nerwy okładami z mojego głosu. W powietrzu oprócz potężnego strachu była z nami też wielka miłość, która grzała nas od środka choć trochę. 



Usłyszeliśmy kolejny dziwny dźwięk. Przypominało to nawoływanie… albo skrzypnięcie drzewa, albo huk wiatru. Zamilkliśmy w oczekiwaniu na kolejne dźwięki mając nadzieję, że usłyszymy ludzki głos. Zacząłem machać latarką… lecz dźwięk nie powtórzył się. Wiedziałem, że to mogli być ratownicy… w zasadzie to powinni być oni. Prawdopodobnie było około godziny 19… jednak moje zmysły szalały, nie byłem w stanie racjonalnie myśleć. Zimno, zmęczenie, strach i emocje przysłoniły wszystko inne. Wtedy znowu usłyszeliśmy ten sam dziwny dźwięk – to musiał być krzyk, to musiało być nawoływanie ratowników. Kilka razy pod rząd. Popatrzyliśmy po sobie i wspólnie zadecydowaliśmy, że trzeba krzyczeć. Odpowiedzieliśmy wspólnym wrzaskiem skierowanym w stronę z której przyszliśmy.

Prawdopodobnie nas nie usłyszeli, ale przynajmniej mieliśmy pewność, że są w pobliżu. Ostatni telefon do GOPR-u by upewnić się, że ratownicy są gdzieś w naszej okolicy. Zameldowałem dyżurnemu, że słyszeliśmy głosy – krzyczymy i świecimy latarką. ONA zakrzyczała jeszcze raz a facet z drugiej strony słuchawki po chwili powiedział, że oni też nas słyszą. Wybuch radości był niesamowity, zobaczyłem JEJ twarz w świetle latarki i dziękując rozłączyłem telefon.

Minutę później ujrzeliśmy światło latarek wyczekiwanych goprowców. Postacie dwóch mężczyzn w czerwono niebieskich kurtkach z logo bieszczadzkiego oddziału GOPR uradowały nas jak nic innego na świecie. To była ulga której nie mogę porównać z niczym innym… czekanie na nich było jak czekanie na wynik badania HIV a gdy się pojawili wiedzieliśmy już, że wynik jest negatywny. Choć w tym przypadku to były same pozytywy. Ratownicy przywitali nas serdecznymi uśmiechami i przyjaźnie wypytali co się stało. Po krótkiej rozmowie zaczęli robić wszystko by nas ogrzać. Przede wszystkim folia NRC czyli koc ratowniczy, potem dziwnie wyglądające ogrzewacze wsadzane pod kurtkę i na końcu gorąca herbata. Było zdecydowanie lepiej. Ustaliliśmy jak będzie wyglądał transport na dół. Mieliśmy zejść do Mucznego, ja o własnych siłach, a ONA z pomocą dwóch podtrzymujących ją ratowników.

Te ponad dwie godziny przez które się nie ruszaliśmy dało się we znaki. Moje nogi były zastałe i szło się ciężko, ale z każdym kolejnym metrem rozgrzewałem się bardziej i odzyskiwałem siły. Szedłem przodem. ONA szła z tyłu w asyście dwóch goprowców. Po chwili spotkaliśmy kolejnych dwóch ratowników, jeden dołączył do eskorty mojej dziewczyny a drugi szedł równo ze mną doświetlając pogrążoną w kompletnych ciemnościach ścieżkę. Po drodze spotkaliśmy jeszcze kolejne pary naszych wybawców, szliśmy w dwóch dużych grupkach spokojnie przemieszczając się w stronę skrzyżowania szlaków, które sami wcześniej mijaliśmy. Dlaczego kurwa nie zdecydowałem się wybrać tej drogi… teraz bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji. Mój błąd, cholerny błąd.

Rozmawiałem z jednym z goprowców opowiadając mu całą historię… dopytywał o różne rzeczy i tak doszliśmy do granicy lasu przy Mucznem gdzie czekały na nas dwa skutery śnieżne. Druga grupa była sporo z tyłu, szli dużo wolniej, więc wsiedliśmy we trójkę na jeden ze skuterów i ostrożnie zaczęliśmy zjeżdżać. Teren nie był łatwy wszędzie były zwalone drzewa i wysokie zaspy, jednak po kilkunastu minutach rajdu w ekstremalnych warunkach byłem już na dole. Wsadzili mnie do samochodu z termosem pełnym gorącej i słodkiej herbaty, którą cały się oblałem zanim trafiłem do ust. Miałem czekać na resztę.

Wydawało mi się, że to czekanie trwało bardzo długo, ale już po trzecim kubku herbaty usłyszałem, że druga grupa wraz z moją dziewczyną jest już na miejscu. Za chwilę zobaczyłem ją w samochodzie ze zmęczoną ale uśmiechniętą miną. Zaprzyjaźniła się po drodze z chłopakami, którzy zaczęli pakować skutery na przyczepę. Gdy wszystko było gotowe do drogi ruszyliśmy do bazy w Ustrzykach Górnych. Warunki na drodze były fatalne, droga śliska i zaśnieżona. Jechaliśmy 40 kilometrów na godzinę. Dobrze, że chłopcy potrafili nas w czasie tej drogi rozbawić swoimi żartami.

                Gdy już byliśmy na miejscu i wszyscy skupili się wokół nas poczułem, że każdy z nich autentycznie się o nas martwił i był przejęty naszym losem. Musieliśmy jednak dokonać formalności i kierownik tej przesympatycznej ekipy spisał nasze dane do protokołu akcji ratunkowej. Choć byliśmy wszyscy zmarznięci i zmęczeni to żartowaliśmy śmiejąc się dla rozładowania stresującej atmosfery.
Czułem ogromny wstyd, za swoją głupotę przez którą naraziłem życie swoje i kilku innych osób… to podłe uczucie. Na szczęście było też inne, mocniejsze uczucie, czyli wdzięczność. Wdzięczność dla wszystkich tych szesnastu facetów którzy brali udział w akcji, którzy spieszyli się by nam pomóc. Nie wiedzieliśmy jak ubrać w słowa tę naszą wdzięczność i zrobiliśmy to zapewne bardzo pokracznie… ale zostawiłem naszym nowym przyjaciołom butelkę wina, którą mieliśmy przeznaczyć na dzisiejszy romantyczny wieczór w Wołosatem. Jednak kiedy dowiedziałem się jaka temperatura panowała właśnie na zewnątrz odeszła mi ochota na jakąkolwiek romantykę. Dwadzieścia jeden stopni poniżej zera… nie mogłem uwierzyć.

                Przed godziną 21 byliśmy w Wołosatem u gospodyni, która na nas czekała. Tak jak myślałem, martwiła się naszą nieobecnością. Zapakowaliśmy się do pokoju, przebraliśmy się i zjedliśmy gorącą zupę.
               
                To był najdziwniejszy dzień, najdziwniejsza noc i najdziwniejszy poranek dnia następnego w moim całym życiu. Wszystko poszło dobrze, udało się, przeżyliśmy. Nazajutrz pogoda była taka:


To była "przygoda" naszego życia. Kocham ją najmocniej na świecie. 

*******************************************************************************************************************************************

DLACZEGO TO NAPISAŁEM? PO PIERWSZE DLATEGO, ŻE BYŁO TO BARDZO MOCNE WRAŻENIE, KTÓRE ZOSTANIE W MOJEJ ŚWIADOMOŚCI I PODŚWIADOMOŚCI ZAPEWNE NA BARDZO DŁUGO. A PO DRUGIE BY MOŻE EWENTUALNIE KTOŚ KTO NATKNIE SIĘ NA TEN TEKST W INTERNETACH BĘDZIE MÓGŁ WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI NA MOIM/NASZYM BŁĘDZIE. MOŻE KTOŚ NIE BĘDZIE MUSIAŁ PRZEŻYWAĆ TEGO CO MY. TEGO WSZYSTKIM ŻYCZĘ - BĄDŹCIE ROZSĄDNI. JA TERAZ JUŻ BĘDĘ NA PEWNO.



sobota, 23 maja 2015

To miała być przygoda... cz.2

              Kontynuacja opowiadania o zimowej wyprawie, która to ponoć miała być przygodą. 
Tutaj możecie znaleźć >pierwszy odcinek< i zdecydować czy chcecie czytać drugi ;)

*********************************************************************************************************************************************

                Energia jednak nie starczyła na długo, gdy zobaczyliśmy jaka stromizna czeka na nas za tą przecudną polaną. ONA się załamała i czułem to w jej smutnym, zrezygnowanym głosie. Las się nie kończył a przechodził w kolejną fazę swojego zaawansowania. Przed nami stanęła góra która w niektórych miejscach wydawała się być pionowa… Śnieg na drzewach zakrywał wymalowane symbole niebieskiego szlaku. Dopiero po kilku minutach szczęśliwie wypatrzyłem niebieską farbę, która oznaczała miejsce ścieżki. Okazało się, że nitka prowadzi najłagodniejszym podejściem i nie jest aż tak źle jak myślałem. Niestety byłem w tym optymizmie sam bo ONA zaczynała wpadać w załamanie, widziałem, że ledwo stawia kroki, coraz bardziej powłócząc nogami. Miałem wrażenie, że jest na mnie zła, że ją tu zawlokłem… a może bardziej zła na siebie, że nie daje rady. Znowu co chwila stawaliśmy, tak „co chwila”, że zacząłem się rzeczywiście bać o tempo w jakim się poruszamy. Czułem jednak, że jesteśmy na takiej wysokości, że zaraz musi zacząć się połonina, zaraz znikną gęste drzewa i staniemy na grzbiecie Bukowego Berda. Droga szlaku zmieniła się nagle w korytarz, albo nawet i tunel prowadzący wśród niskich i bardzo gęsto postawionych drzew, które nadawały klaustrofobicznego wrażenia. Choć był to widok ciekawy i intrygujący to chyba nam obojgu przestawała się podobać ta pseudo Narnia. Coraz rzadziej się do siebie odzywaliśmy, ONA była widocznie zła i zrezygnowana. Ja też byłem zły – na siebie. Denerwowało mnie jej narzekanie i te ciągłe „antrakty” … jednak byłem cierpliwy bo wiedziałem, że to nie jej wina. Tylko moja. Zacząłem czuć presję, którą musiałem udźwignąć. Przez całą drogę pocieszałem ją jak tylko mogłem, dodawałem otuchy i siły mówiąc, że ONA da radę, że razem damy radę. Kiedy wypytywała o drogę starałem się podawać jej te bardziej optymistyczne wersje.

                Nagle i niespodziewanie ujrzeliśmy chatkę o której nawet już zapomnieliśmy czekając tylko by wydostać się z lasu. Była godzina 13 … powinniśmy być tutaj maksymalnie o 11. Moja pierwsza myśl to duża ulga, że jednak tu jesteśmy – na tabliczce pisało, że skrzyżowanie szlaków już za pół godziny. To była dobra ale i zła wiadomość. Kalkulowałem w głowie ile może nam zająć droga do Wołosatego … wyszło mi, że między trzy a cztery godziny przy dobrym tempie. Na grani powinno byś bardziej płasko, nie będzie tyle podejść – będziemy szli szybciej.

- No, kochanie teraz to już z górki. Robimy dziesięciominutową przerwę obiadową i ruszamy dalej. Nabierzemy nieco siły, wcinaj tę czekoladę i to już.
- Dobrze szefie, muszę usiąść – powiedziała wspinając się na stół.
- Zrobiłem dobre nakapki, bon appetit!
- Tak ale nawet nie jestem bardzo głodna, nogi to mi wchodzą do … dupki – wyraźnie zmęczonym tonem.
- Wiem, wiem, ale jeszcze kawałek, już widać wyjście z lasu i za chwilę będziemy na grani.
- Jeju, ale dobrze jest usiąść, taka ulga!
- Dawaj mi się tu przytulić bo mi zimno – podszedłem naprzeciwko niej i zobaczyłem mały uśmiech.



Musiałem nabrać od niej trochę ciepła, i skumulować je w mocnym uścisku. Zrobiło mi się przyjemnie i poczułem, że i ONA jest w trochę lepszej formie, zwłaszcza psychicznej. Nie mogliśmy jednak siedzieć tam dłużej żeby nie zacząć tracić ciepła. Ruszyliśmy więc nasze lekko przemarznięte tyłki i z nadzieją szliśmy dalej. W butach mieliśmy już sporo śniegu, moje sznurówki rozwiązały się i zamarzły. Połonina już wyłaniała się z pomiędzy gęstwiny.

Po raz trzeci doświadczyliśmy czegoś niezwykłego.  W oddali, na samym grzbiecie ukazało nam się dziwnie samotne i smutne drzewo, które od razu obraliśmy za cel. Jednak co chwila spoglądaliśmy za siebie w stronę doliny z której przyszliśmy… z radością patrzyliśmy na oddalający się las i próbowaliśmy wypatrzeć jakąś dalszą perspektywę. Nie było szans. Niebo stało się granatowe, ciężkie chmury zasłaniały wszystko mieszając się białą mgłą, tworząc przerażającą scenerię. Teraz to już nie wyglądało jak bajeczna Narnia a raczej film opowiadający o groźnych zjawiskach atmosferycznych. I gdy w jednej chwili udało mi się zauważyć rąbek odchylonej spódnicy nieba ukazujący prawdopodobnie okolice Ustrzyk Górnych, to w drugiej pokrył się on tak samo granatową breją chmur co cała reszta krajobrazu. Aparat wyciągnąłem bardzo szybko, lecz jednak nie zdążyłem. Zrobiłem kilka zdjęć uwieczniających ten apokaliptyczny widok i poczułem, że palce są mocno zgrabiałe. Aparat wylądował w plecaku i z całą mocą i determinacją stawialiśmy kroki przez ogromną połać skalistego grzebienia góry.

Przestrzeń była ogromna, połonina była płaska i rozległa. Otaczała ją gęsta mgła i po chwili straciliśmy z pola widzenia to co w dole. Nie spodziewaliśmy się takiego uczucia i była to miła odmiana od klaustrofobicznego lasu. Choć zlewające się ze śniegiem mgławisko szczelnie zasłaniało wspaniałe widoki, które musiały się tam rozciągać podczas przejrzystej pogody to i tak było to niesamowite wrażenie. Byliśmy pośrodku uroczo tajemniczych górskich przestworzy. Warunki pogodowe nadawały lekkiej adrenaliny i poczucia niepokoju, które było jednak napędzające. Może podskórnie oboje czuliśmy, że trzeba ostro przyspieszyć… Od początku gdy wznieśliśmy się ponad granicę lasu odczuwaliśmy przenikający, mroźny wiatr. Im było wyżej tym wichura się wzmagała. Utrudniała wspinaczkę wiejąc prosto w nasze twarze, tak mocno, że pojawiał się na nich grymas. Odwracaliśmy się w przeciwną stronę i szliśmy tyłem, lub co jakiś czas stawaliśmy by nie dać się zdmuchnąć. Na początku dzielnie to znosiliśmy… jednak było coraz trudniej. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem w górach tak mocnego wiatru. Z każdym następnym podmuchem czuć było następną falę zimna. Skoro nawet ja czułem się mocno zmarznięty to nie wyobrażam sobie co czuła ONA. Największy zmarzluch na świecie zaczął coraz częściej trząść się z zimna.  Marsz utrudniała gruba pokrywa śniegu, szliśmy „na czuja” tak żeby omijać miejsca gdzie pod śniegiem kryły się krzaczki górskich jagód. Te miejsca były wyjątkowo miękkie i nogi zapadały się aż po pas. Szedłem pierwszy by ułatwić JEJ wędrówkę i oszczędzić głębokiego brodzenia w śniegu. Żałowałem, że naraziłem ją na takie trudne warunki i zacząłem pękać psychicznie mając coraz więcej wątpliwości. Była godzina 14, za dwie godziny miał zacząć zapadać zmrok i wtedy też mniej więcej mieliśmy się stawić w Wołosatem.

- Patrz, już widać słupek na skrzyżowaniu. Dobrze nam idzie.
- Dobrze? Kuba, przecież zaraz będzie ciemno, patrz na niebo.
- Jeszcze do zmroku mamy trochę czasu, myślę, że o 16 będziemy pod Tarnicą i nawet jak się zrobi ciemno to stamtąd do Wołosatego jest już kawałeczek. Poza tym, mam latarkę.
- Yhm. Jezu, co my tu robimy? Ja chcę do domu, do ciepła!
- Będziemy na styk mówię ci, przebierzemy się i ogrzejemy ciepłą zupą i gorącą kąpielą.



Sam jednak miałem coraz bardziej wątpiłem w to „na styk”. Tabliczka na słupku mówiła złowrogo, że do naszego celu jest jeszcze trzy godziny drogi. Byle do przełęczy pod Tarnicą i będzie dobrze. Zacząłem jednak przypominać sobie trudności jakie czekają nas w okolicy Krzemienia i przełęczy Goprowskiej… czekał nas trudny odcinek. Przez chwilę przemknęła mi myśl czy może jednak nie zejść żółtym szlakiem w dół do Mucznego. Na pewno byłoby krócej i łatwiej… ale nie miałem pomysłu co moglibyśmy zrobić później, nie wiedziałem czy tam w dole jest jakieś schronisko. Musiało być, ale przez chwilę mnie zaćmiło i nie potrafiłem podjąć decyzji innej niż dalszy marsz w stronę Tarnicy. Miałem w głowie mętlik, moja dziewczyna wyraźnie cierpiała… a i ja zacząłem odczuwać trudy wędrówki. Mniej więcej od wiaty czułem już ciężkawe nogi, ale emocje i adrenalina krążąca szybciej i szybciej w moich żyłach pozwoliła o tym zapomnieć. Nie dało się jednak stłumić zamarzniętych dłoni … grube rękawiczki coraz gorzej radziły sobie z temperaturą. Z kolei ONA mocno już włóczyła nogami, szurając bezsilnie z nogi na nogę. Zauważyłem, że lekko utyka na prawą nogę. Zrozumiałem, że to już nie jest wyścig oto czy dotrzemy na miejsce przed zmrokiem – bo ten i tak już był przegrany – to był wyścig o nasze zdrowie i przetrwanie. Stanęliśmy przed mentalną ścianą… choć cały czas próbowałem pocieszać siebie i JĄ to wiedziałem, że jest bezsprzecznie źle. Zdołowani szliśmy co chwila spoglądając w ciemniejące niebo, które już dawno przestało być granatowe a zmieniło się w ciężką szarzyznę. Chmury wisiały nisko nad naszymi głowami, okalając nas na spółkę z zawiewającą mgłą. Widoczność spadła to kilku, może kilkunastu metrów. Zaczęliśmy się bać i wspólnie kombinować co można by było zrobić… Ale co można było wykombinować w takiej sytuacji (?!).

                Zaczął dzwonić mój telefon. Był szczelnie zapakowany w wewnętrznej części mojej kurtki. Miałem problem z jego wyciągnięciem, zwłaszcza, że moje palce ledwo się ruszały. Nie zdążyłem odebrać. Na wyświetlaczu jak byk stało „Połączenie nieodebrane od: Mama”. No pięknie, zapomniałem, a przecież oczywistym było, że musiała się kiedyś zacząć martwić. Wyciągnąłem z trudem dłoń z rękawiczki by oddzwonić.

                - No cześć, jak tam, gdzie jesteście? Dzwoniłam wcześniej ale pewnie nie miałeś zasięgu.
                - Cześć. No … jesteśmy już niedaleko Tarnicy, zaraz będziemy schodzić.
                - Daleko jeszcze macie?
                - Będzie, gdzieś … z godzinka. Także nie masz się o co martwić.
                - To super, bawcie się dobrze w takim razie.
                - Dzięki, wy też! – z ulgą się rozłączyłem.
                - Moi też pewnie się martwią, ale napiszę później smsa do siostry.
                - Napiszemy jak będziemy na dole, co? – zapytałem z chyba zauważalnym wahaniem w głosie.
- Mam nadzieję. Zamarzam, nie mam siły. Kuba, kolejny raz Ci powtarzam, że nie dojdę. Zaczęła mnie boleć noga… Nie mogę, no!
- Musimy się spieszyć, musimy się rozgrzać bo będzie coraz zimniej. Wyjmę herbatę i idziemy, okej?
- Nie chcę, chodź już, chodź!



                Ruszyliśmy kolejny raz pomału zastanawiając się co z nami będzie. Kurwa naprawdę przyszły mi do głowy słowa tej beznadziejnej piosenki Libera i Sylwii Grzeszczak. „Gdy znajdziemy się na zakręcie” … ehh. Nawet jeśli przed nami znajdowały się jakieś zakręty to nie mogliśmy ich zobaczyć przez tą smolistą mgłę. Nawet śnieg zrobił się bylejako brudny. Ta niepokojąca i wszechogarniająca szarość potęgowała nasze negatywne nastroje. Byłem przygnębiony i psychika cierpiała mocniej niż ciało. Choć dygotaliśmy z zimna szliśmy pomiędzy kamienistymi nasypami. Musieliśmy ominąć kilka skalnych wychodni… był to straszny wysiłek. Co chwila się potykaliśmy, osuwając na śliskich kamieniach lub wpadając w kopny śnieg. Próbowałem ocenić które z nas jest w gorszym stanie… Chciałem wierzyć, że to będę ja i ONA czuje się mimo wszystko dobrze. Jednak z każdym krokiem zauważałem, że jest zupełnie odwrotnie. Mnie bolały już tylko palce, bolały przeraźliwie i wszystkie stawy w obu dłoniach miałem sztywne – co chwila przechodził przez nie kłujący ból niczym impuls elektryczny. Próbowałem rozruszać palce i klaskać w dłonie, ale pomagało tylko na chwilę. ONA była wycieńczona i załamana… to był kryzys. Największy spośród tych wszystkich małych kryzysów towarzyszących nam od rana. Po raz pierwszy padło z JEJ ust pytanie o numer do GOPR-u.
Wiedziałem, że to nastąpi, że spełni się najgorszy z możliwych scenariuszy. Że przez moją własną głupotę ktoś będzie musiał ratować nam dupę.

                - A może by tak zadzwonić? Masz na pewno numer w telefonie, nie wierzę, że nie.
                - W każdym telefonie jest wpisany do nich numer. Ja też mam… o ile nie wykasowałem.
                - Kuba, musimy to zrobić, prawda? Nie uda nam się bez pomocy.
                - Spróbujmy jeszcze iść. Ta noga nie boli Cię aż tak bardzo?
                - Nie, ale mam śnieg w butach, nie czuję stóp. Przecież tu jest okropnie. Już zmierzcha.
- Jest równo godzina szesnasta, nie jest tragicznie, mamy jeszcze trochę światła. Spróbujmy kochanie.

Tym razem również udało mi się załagodzić sytuację. Czułem, że jesteśmy już blisko Krzemienia, że zaraz będziemy mieli przed sobą Tarnicę i prostą drogę w dół do naszego noclegu.
W ogóle nie miałem ochoty na wino, które spoczywało w moim plecaku - marzyłem o ciepłym kocu i gorącej zupce chińskiej. Przytulić się do niej i ogrzewać wzajemnie do samego rana. Tylko ta myśl dodawała mi ostatnie resztki motywacji, którą przy każdej okazji starałem się dzielić z NIĄ. Nie była pocieszona, że odmówiłem kontaktu z GOPR-em, choć w sumie nie miała kompletnie żadnych powodów by być czymkolwiek pocieszoną. Wiedziałem, że ja jestem twardym chłopem, który poradzi sobie w ciężkiej sytuacji a ona jest delikatną kobietą o którą powinienem dbać… a nie wystawiać na survivalowe próby. Jak mogłem do tego dopuścić? Rozterki filozoficzno-moralne przeplatałem myślami poskramiającymi ból dłoni.
Kiedy tak myślałem o tym, że powinniśmy być już dawno na dole przypomniałem sobie o tym, że kobieta z agroturystyki na nas czeka. Umówiłem się z nią, że będziemy około 16… wiedziała, że jesteśmy na szlaku – mogła się zaniepokoić. Wiedziałem, że powinienem zadzwonić i poinformować ją że się spóźnimy. Przerażała mnie wizja zdjęcia rękawiczki… gówniane telefony. Panel dotykowy powinien działać nawet i w rękawiczkach!

                - Zatrzymajmy się, powinniśmy zadzwonić do tej kobiety z Wołosatego.
                - Po co?
                - Trzeba jej powiedzieć, że będziemy później. Nie wiem, że może o 18.
                - Nie wiem, nie mam pojęcia.
                - Wyciągnę telefon a Ty mi potrzymaj rękawiczkę. Muszę to zrobić jak najszybciej.

                Głupio się czułem dzwoniąc z taką informacją… nie wiedziałem co sobie pomyśli. To był dziwny telefon. Ale chciałem ją upewnić, że na pewno będziemy. Bałem się, że jeśli nie będziemy się pojawiać to pomyśli, że nas nie będzie i odda jedyny wolny pokój w całej wiosce komuś innemu. To byłby dopiero problem. Jednak pokój na nas czekał a my mieliśmy całkowicie inny problem.

                - Poszukaj tego numeru, proszę Cię.
                - Chcesz żebym zadzwonił po GOPR?
- Tak chcę, bo nie widzę innej możliwości. Stanę tu i nigdzie się nie ruszę… bo nawet jakbym chciała to nie mogę. Nie czuję nóg.
- Poszukam. Kurwa, ale co ja im mam powiedzieć?
- Cokolwiek, musimy coś zrobić. Potrzebujemy pomocy, dobrze o tym wiesz. Przecież widzisz.
- Wiem, widzę i nie mam pojęcia co robić. Żałuję, że nie zeszliśmy do Mucznego na tym skrzyżowaniu.
- To dzwoń. Powiedz, że…
- Chyba trzeba coś naściemniać. W sumie nic się nam nie stało, boli Cię ta noga?
- Nie wiem czy boli, nie czuję prawie nic. Powiedz prawdę.
- Jezu, no to chyba trzeba im powiedzieć, że zamarzamy i że masz kontuzję kostki. Hmm… nie wiem, może ją skręciłaś.
- Poszukaj numeru tam w tych „numerach usług”.


CIĄG DALSZY NASTĄPI... (bo jest już napisany)